Z francuskiej perspektywy

ROZMAWIA MAGDALENA GRANISZEWSKA
opublikowano: 2014-06-27 00:00

Rozmowa z Bruno Duthoit

Paryżanin po najlepszych szkołach, menedżerskie sukcesy w kilku krajach. Hobby też po parysku wykwintne: w muzyce Antonín Dvorˇák, w literaturze Franc˛ois-René de Chateaubriand. Bruno Duthoit jest już w Warszawie znany. W latach 2001-06 w zarządzie Telekomunikacji Polskiej odpowiadał za marketing i sprzedaż. We wrześniu 2013 r. wrócił, by — jak mówią giełdowi analitycy — posprzątać.

Mówią, że dobrze włada pan polskim, ale to ukrywa, by mieć przewagę negocjacyjną.

Nie, nie mówię. Choć pewnie, kiedy się już zdecyduję mówić, jakoś to pójdzie. Uczyłem się polskiego, ale teraz już sam pracuję nad językiem, czytając gazety, głównie w weekend. Ze słownikiem, oczywiście. To trudna lektura, wielu słów wciąż nie znam.

Mówią też, że jeśli słucha pan muzyki, to tylko klasycznej. Na Orange Warsaw Festival pan zawitał?

Oczywiście, że tam byłem i to przez dwa dni. Chociaż rzeczywiście jestem raczej wielbicielem muzyki klasycznej. Poszedłem bardziej, żeby spotkać się z koleżankami i kolegami, zwłaszcza tymi, którzy napracowali się przy organizacji festiwalu. Muzyce nie poświęciłem aż tyle uwagi, chociaż wiem, że mnóstwo osób ceni nasz festiwal. David Guetta na przykład zgromadził tłumy, mimo że grał w nocy z niedzieli na poniedziałek!

Francuski meloman wypowie się na temat tego, czy Fryderyk Szopen był Polakiem czy Francuzem?

Może nie powinienem odpowiadać… To fakt, że dla Francuzów Szopen jest bardzo francuski. W przypadku Marii Skłodowskiej-Curie francuska edukacja dopuszcza za to nieco większy związek z Polską — otóż Maria Sklodowska-Curie to szczególny rodzaj Francuzki: Francuzka, która przyjechała… z Polski.

Mówią o panu: rusofil jak każdy Francuz. Chciał pan pracować w Rosji, ale się nie udało, więc trafił do Polski? Czy był w tym plan?

Nie wiem, czy jestem rusofilem, ale faktycznie przepadam za literaturą rosyjską. Jak większość Francuzów cenię ją za okres XIX w. Nasze sympatie kończą się zwykle około 1904 r. na śmierci Czechowa lub 1910 r. na śmierci Tołstoja. A z Polską to był jednocześnie wybór i przypadek. W domu moich dziadków pomagała starsza pani z Polski, która uciekła z kraju po wojnie. Dzięki niej miałem obraz Polski z jednej strony jako ciężko doświadczonej przez historię, a z drugiej — jako ojczyzny ludzi inteligentnych i sympatycznych. I nie mówię tego, by się komuś przypodobać. Kiedy nadarzyła się okazja, połączyłem wyprawę do byłego Związku Radzieckiego z dwudniowym przystankiem w Polsce. W sierpniu 1980 r. z siostrą i koleżanką wylądowałem w Warszawie. Wiatr wiał niemal huraganowy, drzewa się gięły, ale przewodnik mówił wykwintną francuszczyzną. „Mamy teraz poważne problemy społeczne, a w Gdańsku trwają bardzo trudne rozmowy” — objaśniał. Zaskoczył nas. W Moskwie, gdzie przecież wcześniej byliśmy, cenzura nie przepuszczała na ten temat żadnych informacji. Nic nie wiedzieliśmy. To był szok. Wizyta w Polsce wtedy to był bardziej przypadek, ale powrót po latach to już świadomy wybór. W 1999 r. pracowałem w zespole odpowiedzialnym za udział France Telecom w prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej i byłem naprawdę bardzo zadowolony, kiedy po transakcji zaproponowano mi przejście do polskiej spółki.‎

Największe zaskoczenie w Polsce?

W 2000 r. odbyły się w Polsce wybory prezydenckie. I w tej Polsce, kojarzonej we Francji głównie z Lechem Wałęsą i Janem Pawłem II, Lech Wałęsa zdobył tylko 1 proc. poparcia. Byłem skrajnie zdumiony. Ale potem zacząłem rozumieć polską politykę.

Mówią, że pan się pasjonuje polityką. Nasze afery podsłuchowe pan rozumie?

Jako że zdarza mi się chodzić do restauracji, o której przy okazji najświeższej afery mowa, mam nadzieję, że wystąpię w którymś odcinku. A poważnie, ta afera pokazuje, że jesteśmy w kraju demokratycznym, w którym możliwa jest debata nawet na temat wrażliwych informacji, które wyciekają z kręgów rządowych. We Francji też miewamy takie afery, choć dopiero od niedawna. Jeszcze 10-15 lat temu byłoby to raczej nie do pomyślenia. Jako obcokrajowcowi, który już w Polsce był, wyjechał i wrócił, rzuca mi się jednak w oczy coś innego. Niesamowicie rozwinęła się u was debata publiczna na tematy społeczne związane ze sposobem życia, ale też polityczne. To frapujące, bo np. na Słowacji czy na Węgrzech debat na takim poziomie nie ma. A debaty świadczą przecież o aktywności i zaangażowaniu społeczeństwa. Frapujące dla mnie jest też to, że gorącym debatom towarzyszyła jednak niska frekwencja w niedawnych wyborach do europarlamentu. 23 proc. to mało. We Francji było to 42 proc., czyli też niski wynik. Ale w Polsce poparcie dla Unii Europejskiej sięga 89 proc., podczas gdy we Francji jest poniżej 50 proc.

Czy z rekordowego poparcia partii antyunijnych wynikają jakieś wnioski dla sektora telekomunikacyjnego?

Nie sądzę. To sektor bardzo regulowany na poziomie europejskim, więc najwięcej zależy po prostu od komisarza ds. konkurencji.

Mówią także, że jest pan smakoszem, który co wieczór je kolację z kimś interesującym...

Lubię dobrze zjeść, jak każdy Francuz. Sam nie gotuję, ale potrafię docenić, gdy robią to inni. Jestem wielkim fanem polskich deserów, zwłaszcza sernika.‎ W rejonie placu Trzech Krzyży, gdzie mieszkam, nie brakuje znakomitych lokali, małych i dużych, na każdą okazję. Jest dokąd pójść ze znajomymi, kolegami z pracy czy z książką.

Podobno jest pan nietypowym Francuzem.

Od 23 lat mieszkam poza Francją, ale nadal jestem chyba dosyć typowy. Urodziłem się w Paryżu, tam mieszkałem i studiowałem do 25 roku życia. Książki czytam wyłącznie po francusku, chyba że mają związek z pracą. To chyba wada, która mogłaby świadczyć o wąskich horyzontach. Ale tak naprawdę nie lubię czytać w innych językach. Poza tym narzekam, jak wszyscy Francuzi. Czasem robią to też Polacy, ale mistrzowie świata w narzekaniu to my.

Polacy są w czymś mistrzami?

W porównaniu z innymi nacjami, z którymi miałem okazję pracować, Polacy są doskonali w mobilizowaniu się i realizacji trudnych projektów. Kiedy o tym mówię, są zwykle zaskoczeni. Czasem trudno dostrzec własne zalety. W skali kraju imponuje mi zdolność Polski do wykorzystywania funduszy unijnych, a to przekłada się z kolei na wyraźne zmiany choćby w wyglądzie polskich miast. Wróciwszy do Polski i podróżując po niej regularnie, mam okazję dostrzec te zmiany. I widzę nowe drogi, budynki, uczelnie, ale i wielkie projekty przemysłowe. To robi wrażenie.

Mówią o panu „przesympatyczny introwertyk”, ale i „pracoholik, który chce kontrolować wszystko”.‎

Introwertyk? Nie wiem. Sympatyczny? Nie mnie oceniać. Kontrolować wszystko? Nie, kontrolować nie, ale wiedzieć — chcę po prostu być dobrze poinformowany. Faktycznie pracuję dużo, tzn. zajmuje mi to wiele godzin, ale to chyba dlatego, że nie jestem nadzwyczaj dobrze zorganizowany. Potrzebuję czasu, nie lubię zostawiać maili bez odpowiedzi ani spraw bez decyzji. Nie oczekuję od pracowników takiego samego zaangażowania czasowego. Tym bardziej, że wykonywanie zadań to niekoniecznie czas spędzany w biurze.

Jaką Telekomunikację Polską zostawił pan w 2006 r., a do jakiego Orange’a wrócił w 2013 r.?

Po siedmiu latach widzę, że firma działa bardziej efektywnie. Mam na myśli procesy, podejście do rynku i do obsługi klienta. Jest też bardziej zintegrowana z grupą i z marką Orange. Poza tym menedżment firmy jest dziś bardziej homogeniczny, choć oczywiście zarysowują się rozmaite różnice. Spieramy się, dyskutujemy — i całe szczęście! Ale jesteśmy zgranym zespołem. Jeśli chodzi o liczby, to przychody firmy oczywiście spadły, ale taki jest dziś rynek. Pojawili się nowi konkurenci, jak Play — i to normalne. Ważne, że trzymamy dobre marże, na poziomie EBITDA to ponad 30 proc. Rynek sprawił też, że w firmie pracuje mniej ludzi. Dziś to około 19 tys., siedem lat temu, kiedy wyjeżdżałem, zatrudnienie sięgało 33 tys. osób.

Zatrudniono pana na trzyletnią kadencję. Jakie będzie Orange za trzy lata?

Chcę utrzymać wyniki finansowe i zrobić z Orange Polska najlepszą firmę na rynku pod względem obsługi klienta. A poza tym chcę, żeby ludzie pracowali w profesjonalnym i miłym środowisku, a spółka rozwijała się na tych rynkach, które rosną, na przykład szerokopasmowego internetu, ale też na nowych, np. usług finansowych.

Dokąd pojedzie pan potem?

Nie myślę zbyt wiele o odleglejszej przyszłości. Koncentruję się na pracy tu i teraz. Poza tym w Warszawie nawet nie czuję, że jestem ekspatem. To tylko dwie godziny lotu do Paryża. To tak, jakbym mieszkał w Marsylii i jeździł pociągiem, oczywiście pomijając różnice kulturowe i pogodowe. &

Bruno Duthoit

Absolwent Politechniki Paryskiej i Wyższej Szkoły Telekomunikacyjne. Z grupą Orange (dawnej France Telecom) związany od 1978 r. Był m.in. zastępcą dyrektora regionalnego France Telecom w regionie Basse Normandie. W 1999 r. rozpoczął pracę w dyrekcji na Europę Środkowo- -Wschodnią. Kierował m.in. sprawą oferty zakupu przez France Telecom akcji TP. W latach 2001-06 pracował w zarządzie TP, gdzie zajmował się marketingiem i sprzedażą. Następnie kierował spółkami należącymi do Orange na Słowacji w Mołdawii, Armenii i Etiopii.