Z Hollywood na boisko do rugby

AR
opublikowano: 2015-03-15 12:40

Kilka lat temu Russel Crowe, słynny australijski aktor, zainwestował 2,3 mln dolarów w legendarny, bankrutujący klub rugby South Sydney Rabbitohs - tylko dlatego, że kibicował mu od dziecka.

Niedawno magazyn Forbes zamieścił na liście najbogatszych ludzi świata Michaala Jordana. Jego sportowa kariera była spektakularna, ale w rankingu znalazł się nie jako koszykarz, ale właściciel 89,5 proc. akcji klubu Charlotte Hornets, o wartości 416 mln dolarów. Swoje oszczędności opłaciło się też zainwestować w klub sportowy innej sławie. W ubiegłym roku wartość drużyny Russela Crowe'a szacowano na 20 mln dolarów.

Caroline Bonarde Ucci at http://flickr.com/photos/caroline_bonarde/, GNU Free Documentation License

Wygląda na to, że gdy słynny aktor odbierał wiele lat temu Oscara, i tak swoją najlepszą życiową rolę miał jeszcze przed sobą, tyle że w zupełnie innej branży. Jako menadżer sportowy odniósł sukces, o jakim mógł tylko marzyć, gdy wraz z milionerem Peterem Holmesem à Court, swoim biznesowym partnerem, przejmował w 2006 roku 70 proc. udziałów w South Sydney Rabbitohs. Legendarna drużyna lata swojej świetności dawno miała za sobą, a sam klub był na skraju niewypłacalności. Dziś z dwójki inwestorów w grze już został tylko 50-letni Crowe, po tym jak Peter Holmes à Court sprzedał 35 proc. udziałów Jamesowi Packerowi, jednemu z najbogatszych Australijczyków.

W ciągu 9 lat odtwórca filmowego Gladiatora podniósł australijską drużynę z kolan i zamienił z powrotem w mistrzów ligi narodowej, po raz pierwszy od 43 lat. Na tym jednak nie kończą się jego plany. Aktor chce zrobić na rugby biznes w Las Vegas  – napisał niedawno Bloomberg. Przymierza się do organizacji tam ligowych meczy, które transmitowałaby amerykańska telewizja. Twierdzi, że będzie to prawdziwe show.

Amerykańska agencja prasowa odsłania też kulisy wieloletniej pracy aktora jako menedżera klubu. Okazuje się, że aktor osobiście zagrzewa sportowców do walki w szatni przed każdym meczem, bierze udział w treningach i zarządza całym klubem. Stał, między innymi, za kilkoma ważnymi transferami (w tym jednego z najlepszych rugbistów na świecie – Anglika Sama Burgessa, który gdy usłyszał propozycję od Russela Corwa, podobno uznał ją z początku za żart). Poza tym ubierał swoich graczy w garnitury od Armaniego, żeby poprawić ich morale poza boiskiem i zlecił napisanie książki o klubie, którego historia liczy sobie już przeszło 108 lat. Podobno samodzielnie też projektował wzory na koszulkach. Białego królika, symbol drużyny, zamienił na czarnego, który kojarzy się bardziej agresywnie "bo zjada swoich rywali". Zorganizował też wsparcie kibiców, których namówił, żeby zgodzili się płacić za członkostwo w klubie. 

Dziś trudno chyba szukać większego ambasadora rugby na całym świecie niż gwiazda Hollywood. Nie dość, że aktor planuje organizować pokazowe mecze rugbistów w amerykańskim Las Vegas, czyli w kraju będącym ojczyzną futbolu amerykańskiego, to na dodatek, jak donosił CNN, opuścił ostatnią galę rozdania Oscarów, tylko po to, żeby obejrzeć w Anglii ważny mecz swoich ukochanych „walecznych królików” (tak o zawodnikach z drużyny mówią ich kibice). South Sydney Rabbitohs pokonali przeciwników druzgocąca przewagą - 39:0 - w jednym z najbardziej prestiżowych corocznych turniejów rugby na świecie, w którym mistrz Australii walczy z mistrzem Anglii (Anglia jest ojczyzną tego sportu).

Rugby ma się pojawić na najbliższych igrzyskach olimpijskich w 2016 roku, po raz pierwszy od czasów wojny.