W Polsce propaganda obu ostro skonfliktowanych ośrodków władzy chwilowo wyciszyła wątki konfrontacyjne, podkreślając jedność prezydenta i premiera w obszarze bezpieczeństwa oraz stosunku do napastniczej wojny Rosji z Ukrainą. Notabene nastąpiło wyłącznie taktyczne wyciszenie na jeden dzień — 12 marca, czyli 25. rocznicę przynależności Polski do Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO). Już 13 marca wybuchła nowa wojenka na szczytach naszego państwa spowodowana hurtowym sczyszczeniem przez ministra Radosława Sikorskiego całej grupy ambasadorów z zaciągu PiS. Zmiany kadrowe na tych stanowiskach wymagają podpisu Andrzeja Dudy, zatem całkiem realnie można sobie wyobrazić, że przez długi czas, może nawet półtora roku na czele niejednej placówki dyplomatycznej będzie stał jedynie chargé d'affaires, co istotnie obniży poziom relacji Polski z danym państwem.
Media amerykańskie nie mogą wyjść ze zdumienia, po co w ogóle został zaproszony na trzeciego również polski premier. Dlatego przekazy omijały kadry z Gabinetu Owalnego, bo tam gospodarz zasiada przy kominku zawsze z tylko jednym gościem. Potwierdzam to jako świadek bezpośredni, albowiem w owym najsłynniejszym pomieszczeniu biurowym świata byłem dwukrotnie, po kilkadziesiąt sekund, dopóki Secret Service nie posłała mediów za drzwi. Nieważne już, w jakiej konfiguracji personalnej — raz z naszym prezydentem, a raz z premierem. Tym razem eksponowano z zachodniego skrzydła Białego Domu jedynie plenarne rozmowy delegacji przy prostokątnym stole, za którym standardowo obraduje amerykański rząd.
Premier wrócił do kraju od razu, natomiast prezydent poleciał z Waszyngtonu do Savannah w Georgii. To znaczy pofrunęły tam oba jego samoloty B737, jako że w wyprawie za Atlantyk uczestniczyły/uczestniczą aż dwie pary wojskowych maszyn — każdy z naszych przywódców dysponował/dysponuje również całkiem pustą rezerwową. Wzorowaliśmy się na podróżach prezydentów USA do Polski i generalnie w świat, gdy obok B747 oznakowanego Air Force One zawsze leci na pusto drugi bliźniaczy B747 bez kryptonimu. Nasi władcy nie mają jednak guzika atomowego i nie odpowiadają za cały świat, zatem naprawdę trudno zrozumieć, po co było to zdublowane gigantyczne zadęcie i ile zapłaci za nie trzeszczący budżet państwa. Chociaż w powrocie z Savannah do Europy — jeszcze nie do Warszawy, lecz po drodze do Brukseli — podstawowy samolot poleciał przez Atlantyk na wszelki wypadek na pusto, ze względu na awarię monitorów w kokpicie załogi, zaś prezydent przesiadł się do rezerwowego.
Prezydent obejrzał w Georgii wielką elektrownię atomową Vogtle. Ma ona cztery reaktory — dwa bloki pochodzą jeszcze z lat 1987-1989, natomiast dwa to całkowita nówka oddana w latach 2023-2024, przy czym ostatni został zsynchronizowany z amerykańską siecią dosłownie… 1 marca. Nowoczesne ciśnieniowe reaktory AP1000 wyprodukowała Westinghouse Electric Company i właśnie takie miałyby trafić do pierwszej państwowej atomówki Polskich Elektrowni Jądrowych w Lubiatowie-Kopalinie, niedaleko brzegu Bałtyku. Vogtle obecnie jest obiektem naprawdę imponującym, ale gospodarze raczej nie nagłaśniali wobec gościa z Polski — symbolicznie zarazem kupca — okoliczności dobudowy dwóch reaktorów. Była to prawdziwa droga przez mękę — ogromne rozciągnięcie w czasie, co najmniej siedem lata spóźnienia, skokowy wzrost kosztów, różne konflikty i awantury biznesowe, bankructwa, w tym również upadłość części firmy Westinghouse. Powrót Stanów Zjednoczonych do energetyki jądrowej — bo dwa nowe reaktory Vogtle to pierwsza tak wielka inwestycja od blisko dekady — wiódł ostro pod górkę. Mniej technologiczną, bardziej finansową. Per saldo rozbudowa kosztowała blisko 30 mld USD, co przy obecnym kursie PLN/USD wypadałoby przemnożyć przez cztery. Kwota w złotych koszmarna, ale z kursu Polski na atom odwrotu nie ma.

