Z nożem w zębach

Karolina Guzińska
06-01-2006, 00:00

Szczycą się własną flagą, pocztą, rządem... Ich walutę uznaje tylko Kopenhaga — są częścią Danii, ale już nie UE. Ba, archipelag w ogóle nie leży w Europie!

Targ rybny — jedna z atrakcji Tórshavn, czyli Portu Thora, stolicy Wysp Owczych — rozczarował Marka Loosa i Marcina Jakubowskiego, autorów jedynego polskiego przewodnika po Wyspach Owczych.

— Prosiliśmy Johna, szefa Izby Turystycznej Wysp Owczych, by nas tam zaprowadził. Miało być fajnie, a ku naszemu zdumieniu ujrzeliśmy trzy stoliczki z rybami, nad którymi pochylało się kilku emerytów. Zgłosiliśmy pretensję, która zaskoczyła Johna. Przecież nie przychodzisz tu — powiedział nam — gdy jesteś młody i zdrowy! Sam wypływasz w morze i łowisz ryby. A jak na targu kupuje twoja żona i dzieci, też okrywasz się wstydem. Jako mężczyzna nie potrafiący napełnić lodówki... — wspomina Marek Loos, menedżer projektu w Prywatnym Centrum Informacji Turystycznej Tramp (PCIT Tramp).

Instynkt stadny

Farerczycy — to nazwa mieszkańców Wysp Owczych wywodząca się z ich rodzimego języka farerskiego — pozostali myśliwymi i pasterzami. Choć ich kraina jest zaawansowana technologicznie, np. zasięg telefonii komórkowej obejmuje cały archipelag, ludzie kultywują sztukę przetrwania, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać.

— Ostatnio podczas II wojny światowej. Kiedy Niemcy zajęli Danię, odcięli wyspy od dostaw. Farerczycy nie umarli z głodu tylko dlatego, że zachowali umiejętność polowania na grindwale i podbierania jaj ptasich — opowiada Marek Loos.

Trudne warunki, w jakich przyszło żyć tubylcom — szalejące wichry, deszcze lub śniegi padające przez 260 dni w roku, gęste mgły, temperatura około 13 stopni Celsjusza latem i jakieś 3 stopnie zimą — sprawiły, że ludzie tworzą zwarty kolektyw i działają zespołowo. W każdej wsi istnieje np. miejsce, gdzie w zimowe szarugi schodzi się cała społeczność — kobiety dziergają swetry, mężczyźni oprawiają ryby... Najlepszym przykładem wspólnego działania są polowania na grindwale — przez wieki jedna z najsilniejszych więzi spajających wyspiarskie społeczeństwo. Dziś te krwawe łowy ściągają na Farerczyków potępienie rozmaitych organizacji zielonych.

— Wyspiarze bronią się, argumentując, że Europejczycy i Amerykanie podobnie postępują z bydłem czy trzodą chlewną w rzeźniach. Jako inny przykład podają łowiectwo. Dowodzą też, że nie ma mowy o zagrożeniu gatunku. Liczba grindwali — waleni osiągających około 6 m długości — sięga w północnym Atlantyku 780 tys. sztuk, a średni roczny połów stanowi ledwie około 1 promila całej populacji. Poza tym przeznaczają wielorybie mięso i tłuszcz wyłącznie do spożycia — nie przetwarzają go przemysłowo, za co z kolei krytykowana jest Norwegia. Łup otrzymują uczestnicy polowania, a część trafia do ludzi w podeszłym wieku. Tego mięsa nie kupi się w sklepie — tylko dwie restauracje na wyspie czerpią z niego komercyjny zysk. Dwa razy w tygodniu podają niewielką jego ilość. W smaku przypomina wątróbkę — opisuje Marek Loos.

Polowanie na grindwale to zaledwie jedno z kuriozów — Wyspy Owcze są archipelagiem niespodzianek.

— Uwzględniając tylko sam status wysp, już mamy kilka perełek: są wyłączone z obszaru Unii Europejskiej, choć formalnie należą do Danii. Mają własną walutę, której nie uznaje nikt poza Kopenhagą. Szczycą się własnym rządem, flagą, rodzimą pocztą emitującą własne znaczki. I najstarszym obok islandzkiego parlamentem na świecie. Ba, Wyspy Owcze tak naprawdę w ogóle nie leżą w Europie! Od szelfu kontynentalnego oddziela je Rów Szetlandzki — przypomina Marcin Jakubowski, właściciel PCIT Tramp.

Pijany wiking

Tubylcy wywodzą swe korzenie od norweskich wikingów, którzy przybyli na wyspy około IX w. Zastali pusty ląd, zamieszkany przez ptaki i owce przywiezione mniej więcej w VII w. przez irlandzkich mnichów (braciszkowie prawdopodobnie uciekli, widząc nadpływające smocze łodzie). To wikingowie nazwali ten archipelag Wyspami Owczymi — do dziś owiec jest dwukrotnie więcej niż ludzi, zaś ptaków 3,5 mln z 200 gatunków!

— Wyspy Owcze zasiedlono nieco wcześniej niż sąsiednią Islandię. Farerczycy twierdzą, że wikingowie, którzy dotarli na Islandię, musieli być pijani albo pozbawieni umiejętności nawigacyjnych potrzebnych, by dopłynąć do Wysp Owczych. Islandczycy rewanżują się historią, że na wyspach osiedli najsłabsi — ci, którym brakło sił, by dopłynąć na Islandię — śmieje się Marek Loos.

Powinowactwo obu nacji przejawia się wspólnymi legendami — choćby o dwóch olbrzymach, które postanowiły przyciągnąć Islandię do Wysp Owczych. Ich pycha została ukarana. Zamienione w wysokie na 50 m ostre skały, sterczą z morza u brzegów wyspy Eysturoy.

— W kulturze Farerczyków odbijają się warunki przyrodnicze, np. w przysłowiu: nie wozi się lodu na Grenlandię. Tak mieszkańcy wysp pozbawionych drzew — nie pozwalają im zakorzenić się tu szalejące wichry — trawestują inne, popularne i u nas, powiedzenie... — kontynuuje Marek Loos.

Mimo surowości przyrody wyspiarze są pogodni, przyjaźni, otwarci.

— Mają poczucie humoru i filozoficzny stosunek do życia, czego przejawem jest choćby spóźnialstwo. Uwielbiają plotki, są bezpośredni, bardzo przywiązani do tradycji, życia rodzinnego i codziennego kontaktu z przyrodą. No i mają fioła na punkcie piłki nożnej — boisko piłkarskie ze znakomitą nawierzchnią zbudowano niemal w każdej większej osadzie, a liczba członków klubów piłkarskich w przeliczeniu na 1000 osób jest chyba najwyższa na świecie — dodaje Marcin Jakubowski.

Z przybyszem pogadają o wszystkim, a ze spiżarni wyjmą najlepsze kąski, by godnie go ugościć.

— Dostaliśmy zaproszenie na dębowy, trójżaglowy jacht „Zorza Północy”. Jego skipper, Birgir Enni — żeglarz, nurek, organizator rejsów do jaskiń i wokół wysp — przygotował dla nas kolację. Bardzo cenione i drogie małże — te, które przywierają do kadłubów statków. Z nożem w zębach zanurzył się w lodowatą wodę oceanu, by podważyć małże i napełnić nimi koszyk. Podał je nam podsmażone w sosie z oliwy, czosnku, koperku, papryki, z ciepłą bułeczką z masłem czosnkowym. Palce lizać! W przeciwieństwie do innych lokalnych specjałów, jakich kosztowałem na wyspach: suszonej i wędzonej baraniny, którą czuć było capem, albo suszonych, twardych jak podeszwa płatów dorsza. Farerczycy żują je z upodobaniem, obkładając cienko krojonym tłuszczem z wieloryba. Potrzymałem to chwilę w ustach... — wspomina Marek Loos.

Specyfika dań wymaga jedzenia na sposób wikingów — z nożem w ręku. Farerczyk dzielący majchrem ryby i wielorybi tłuszcz to powszedni widok. A z napitków popularna jest rabarbarówka, pędzona nielegalnie na strychach.

Kamienne kopce

Wyspy Owcze strzelają z oceanu pionowymi urwiskami, kilkaset metrów w górę. Niczym łańcuch gór o aparycji Tatr, wyłaniający się z morskich odmętów. Unoszą się ze wschodu na zachód, zaś ich północno-zachodnie brzegi to niedostępne klify schodzące ku morzu.

— Są wysepki zamieszkane przez jedną tylko rodzinę. Wsie, w których mieszka zaledwie kilka osób. I przystanie na brzegach tak stromych, że aby zejść na ląd, trzeba czekać, aż fala wyniesie łódź wysoko, a potem szybko z niej wyskoczyć. Są wyżłobione w klifach jaskinie, wysokie na 100 m — można wpłynąć żaglowcem 500 m w głąb wyspy! Nieprawdopodobna akustyka jaskiń pozwala na organizowanie w nich koncertów jazzowych. To niesamowite wrażenie słuchać muzyki z kwileniem ptaków i poszumem morskich fal, rozbijających się o skały, w tle — przekonuje Marek Loos.

Bliski kontakt z nieokiełznaną przyrodą północy — oto, dlaczego warto zwiedzić archipelag.

— Wyspy Owcze nie są mekką plażowych leniuchów — temperatura wody w oceanie sięga 10-12 stopni. Ale miłośnicy przyrody pokochają te skrawki lądu, pokryte morzem traw. Wśród atrakcji warto wymienić Kunoyarnakkur: najwyższy przylądek Europy, wznoszący się 819 m ponad kipielą fal, morską wycieczkę do ptasich klifów Vestmannabjorgini, penetrację łodzią nadmorskich jaskiń, nocne odwiedziny w największej na świecie kolonii nawałników burzowych czy podpatrywanie pociesznych maskonurów z kolorowymi dzióbkami, w których noszą po kilkanaście rybek złowionych w morzu — podpowiada Marcin Jakubowski.

Poleca także rejsy po archipelagu — kto ma szczęście, zobaczy delfiny i wieloryby: małe grindwale (zwane też pilotami) i te większe, walenie szare. To mistyczne wrażenie, gdy tak potężne zwierzę przepływa obok! Turystyczną atrakcją są górskie wędrówki — najlepiej na wyspie Kalsoy z uwagi na jej niezwykłą formę (wąski, długi grzebień o stromych stokach) i fantastyczne widoki. Szlaki wyznaczają kamienne kopczyki, o których krążą opowieści — jak ta o człowieku, który wykorzystał kamienie z kopca do zbudowania sobie kryjówki, by przeczekać gęstą mgłę.

— Ciekawy szlak wiedzie z Bour do przycupniętej na stromym zboczu wsi Gásadalur na wyspie Vagar. Latem mieszka tu 18 osób, zimą 9. Wioskę łączy ze światem tunel wydrążony pod pasmem górskim, ale jeszcze w 2003 r. była zupełnie odcięta. Docierało się do niej tylko pieszo (w ciągu 3 godzin) lub helikopterem, zaś od strony morza wyłącznie przy idealnej pogodzie, czyli przez kilka dni w roku. Idąc, mijaliśmy oznakowane tabliczką miejsca postoju konduktów żałobnych — trumny, jak wszystko inne, trzeba było transportować pieszo. Spotkaliśmy też człowieka, który wyznał nam, że kupił tu dom ze względu na ulgi podatkowe przysługujące mieszkańcom osad odciętych od świata. A tak naprawdę to mieszka w Tórshavn. Ale, dodał, życie tu opłaca się także prawdziwym osadnikom. Bo ich krowy pasą się na trawie wzbogaconej solą, przynoszoną wiatrem znad oceanu. Dają więc najlepsze — i najdroższe — mięso na wyspach — opowiada Marek Loos.

Szmugiel natury

Okrutna przyroda zniszczyła wiele zabytków, zmiecionych z powierzchni ziemi przez sztormy i śnieżno-kamienne lawiny. Dlatego warto odwiedzić dawną duchową stolicę wysp, osadę Kirkjubour, gdzie ostał się m.in. XII-wieczny kościół św. Olafa.

— Dni św. Olafa, 29-30 lipca, to najpopularniejsze lokalne święto. Towarzyszą mu wyścigi łodzi wiosłowych i parada Farerczyków w strojach ludowych, idąca głównym deptakiem Tórshavn. Prowadzi ją konny jeździec z narodową flagą. Potem wszyscy się bawią, jedzą i piją. Zobaczy się też narodowy taniec: łańcuch trzymających się za ręce ludzi, pląsających bez akompaniamentu — wspomina Marek Loos.

Nie można też przegapić wizyty w sklepach z odzieżą z unikalnej wełny — miejscowe owce, przebywające na swobodzie i strzyżone tylko raz do roku, są posiadaczkami okrywy zawierającej tyle lanoliny, że swetry i inne wełniane wyroby utrzymują wodoszczelność przez 8 godzin na silnym deszczu!

Zwiedzających wyspy intrygują także tradycyjne drewniane domy: czarne ściany, czerwone okiennice i dachy z zielonej trawy, spod której wyziera biała kora brzozowa. Pokryta warstwą gleby, na której sieje się trawę, kora wyjątkowo mocno przytwierdza trawiastą nawierzchnię do drewnianego dachu. Na nic zdały się próby zastąpienia kory perforowanym plastikiem — przy wichurze takie dachy po prostu fruwały.

— Skąd w bezleśnej krainie drewno? Ano, z przemytu natury! Farerczycy wyławiają je z oceanu od VII w. To bale spławiane przez norweskich drwali do fiordów. Zawirowania Prądu Zatokowego sprawiają, że część kłód regularnie trafia do dwóch, zawsze tych samych, zatok na Wyspach Owczych. Za darmo! — opowiada Marek Loos.

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka — od dziesięcioleci ścierają się w lokalnym parlamencie dwie frakcje: produńska i wolnościowa. A że poszukiwanie ropy pod dnem Atlantyku wydaje się owocne, za jakiś czas można się spodziewać ogłoszenia niepodległości Wysp Owczych. Bo duńskie dotacje nie będą już potrzebne.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Z nożem w zębach