Z Rosją za pan brat

Kamil Kosiński
opublikowano: 2008-06-23 00:00

Produkują nieopodal granicy z Niemcami. Główny zagraniczny rynek zbytu znaleźli za Bugiem. Daleko za Bugiem. Dziś Sonel wchodzi na giełdę.

W sierpniu 2007 r. Jan Walulik nie mógł ani pra- cować, ani wypoczywać. Mimo że młodzieniaszkiem nie jest (rocznik 1955 r.), o wiceprezesie i jednym z założycieli produkującego przyrządy do pomiarów elektrycznych Sonelu przypomniała sobie armia. Dostał mundur oraz karabin i trafił na tydzień do koszar.

— Próbowałem protestować, ale wojsko uświadomiło mi wtedy, jakie jest prawo. Mogą mnie brać na ćwiczenia do ukończenia 60 lat — mówi Jan Walulik.

To zaszłość po tym, kiedy jako absolwent elektrotechniki trafił do szkoły podchorążych rezerwy. Traf chciał, że zbiegło się to z wprowadzeniem stanu wojennego. Jego grupa spędziła w wojsku znacznie dłuższy okres niż standardowy rok przewidziany na szkolenie absolwentów wyższych uczelni.

— Odsłużyliśmy aż półtora roku, dlatego musieli nas awansować na pierwszy stopień oficerski i wszyscy wyszliśmy do cywila podporucznikami. Ale do dziś mam z tego powodu problemy. Traktują mnie chyba jak normalnego żołnierza zawodowego, który przeszedł do rezerwy, i co jakiś czas powołują na różne szkolenia. Niektóre trwają jeden lub dwa dni. Inne dłużej — żali się Jan Walulik.

— Musiał być dobrym żołnierzem i mieć jakieś ciekawe umiejętności. Takie osoby otrzymują przydział mobilizacyjny i można je powoły- wać na ćwiczenia trwające do 90 dni. Praktycznie jednak nie organizujemy dłuższych niż tydzień. Do tego mogą dojść nie więcej niż trzy jednodniowe szkolenia w roku — wyjaśnia przedstawiciel resortu obrony.

Telefony na Wschód

Losy Sonelu splatają się z wojskiem także w inny sposób. Siedziba świdnickiej firmy przez kilkanaście lat mieściła się w dawnym budynku koszarowym. Początkowo kwaterowały tam oddziały pruskie, a po II wojnie światowej Armia Czerwona. Sonel trafił tam w 1992 r. Jeszcze jako zakład innowacyjno-wdrożeniowy spółki Tim, która kupiła jeden z wystawionych na sprzedaż budynków tzw. czerwonych koszar. Akurat ten, w którym choć nieoficjalnie, to jednak kwitła rosyjsko-polska wymiana handlowa.

— W miejscu byłej siedziby Sonelu przed laty działał market. Najporządniejszy sklep w mieście i tylko dla czerwonoarmistów. Po znajomości można było tam dostać wszystko. Pamiętam, jak kupowałam czekoladowe cukierki i zabawki dla syna — wspomina pani Maria, która mieszkała w sąsiedztwie koszar.

Mury byłej siedziby natchnęły chyba szefów polskiego producenta przyrządów do pomiarów elektrycznych. W latach 2004-07 eksport Sonelu do Rosji wzrósł o 292 proc. W tym samym czasie całkowite przychody firmy zwiększyły się jedynie o 216 proc. Wschodni rynek staje się dla spółki coraz ważniejszy. W 2007 r. miał prawie 85 proc. udziału w eksporcie i ponad jedną czwartą w sprzedaży.

— Rosjanie mają mapy swojego kraju na całą ścianę. Europa jest na nich małym kawałeczkiem z boku. Z drugiej strony są wąziutkie Stany Zjednoczone. Wynika to z naturalnego zniekształcenia globu przy produkcji map, ale takie jest też postrzeganie świata przez Rosjan. Z drugiej strony, Rosja to naprawdę szmat ziemi, na której się buduje, więc są elektrycy i można robić biznes — zaznacza Krzysztof Wieczorkowski, prezes Sonelu.

Biznes taki, że mierniki ze Świdnicy są tam sprzedawane drożej niż Polsce.

— Żeby była pełna jasność. My na tych wysokich cenach nie korzystamy. Nieźle zarabia dystrybutor. Filozofia tamtego rynku jest taka, że jak na sprzedaży produktu nie można osiągnąć 50 proc. marży, to się w biznes nie wchodzi, bo biznes jest do bani. Właśnie dlatego w Rosji ubrania i samochody są droższe niż takie same w Unii Europejskiej — wyjaśnia Krzysztof Wieczorkowski.

Do tego dochodzi cło i VAT, który jest tam trudny do odzyskania.

Aby odnieść sukces, przydaje się lokalny partner, który sprawnie porusza się w tamtejszych realiach.

— W modelu europejsko-amerykańskim biznes polega na relacjach między firmami. Na Wschodzie interesy robi się z ludźmi, których się zna i akceptuje. Bez takiej osobistej więzi w zasadzie nie ma biznesu — podkreśla Krzysztof Wieczorkowski.

Sonel przekonał się o tym już w 2000 r. Do rosyjskich firm z branży elektroenergetycznej wysłał wtedy 200 katalogów wraz z napisanymi po angielsku zaproszeniami do współpracy. Nikt nie odpowiedział. Nie dlatego, że adresy były niewłaściwe — tylko dwie przesyłki wróciły z adnotacją „adresat nieznany”.

Jan Walulik zaczął wtedy przypominać sobie rosyjski, którego uczył się w szkole. Kupił rosyjską edycję biznesowej książki teleadresowej i zaczął dzwonić do firm, które w jego opinii mogły być zainteresowane dystrybucją produkowanych w Polsce mierników. Trwało to kilka dni. Wciągał w rozmowę. Kiedy spotykał się z odmową, prosił o wskazanie innych zainteresowanych. Dostawał kilka nowych kontaktów, z których tylko jeden czy dwa nie okazywały się kompletnie chybione. Ale w zasadzie i ci ludzie nie byli zainteresowani. W końcu jednak trafił na człowieka, który podjął temat — Władimira Nisztę.

— Nie miał nawet strony internetowej. Prowadził tylko jednoosobową działalność gospodarczą, ale chciał robić interesy, widział perspektywy i był kompetentny — relacjonuje Jan Walulik.

Władimir Niszta przyjechał do Polski na szkolenie. Z czasem relacje między nim a polskimi biznesmenami stały się bardziej osobiste. Poznali swoje rodziny.

Symbol przemian

Zmieniły się nie tylko relacje między szefami Sonelu a ich rosyjskim partnerem. Zmieniła się też spółka. Od 2004 r. zatrudnienie w niej się podwoiło. Zupełnie niedawno siedzibę w czerwonych koszarach zamieniła na nowy budynek na leżących w Świdnicy terenach Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

— Losy firmy są niejako symbolem rozwoju miasta. Za czasów stacjonowania wojsk rosyjskich miasto było zamknięte. Dziś jest otwarte i prężnie się rozwija. Stawiamy nie tylko na wielkich potentatów, jak Electrolux czy Colgate-Palmolive, ale też na firmy lokalne, które budowane sukcesywnie rosną w siłę. Przykładem Sonel. To poważny pracodawca, a nowy zakład spowoduje, że jego ranga wzrośnie dodatkowo — mówi Wojciech Murdzek, prezydent Świdnicy.

Czy wzrośnie na tyle, że warto mieć w portfelu akcje spółki? Inwestorzy muszą zdecydować sami. n

Nazwa od koloru cegieł

Choć po II wojnie światowej aż do 1991 r. stacjonowały tam oddziały Armii Czerwonej, nazwa czerwone koszary nie ma z tym nic wspólnego. Wzięła się od koloru cegieł, z których postawiono budynki, w tym ten będący starą siedzibą Sonelu.

Pomysł budowy koszar zrodził się w 1878 r. W Świdnicy stacjonowało wtedy 1,5 tys. żołnierzy pruskich, z czego 500 mieszkało na kwaterach w domach mieszczańskich. Radni miejscy postanowili rozwiązać ten problem, budując za miejskie pieniądze nowe koszary. Przewidywano, że koszt wyniesie od 2,5 do 3 mln ówczesnych marek. Prace rozpoczęły się 7 sierpnia 1896 r., a przy budowie zatrudniono 282 robotników. Po I wojnie większą część kompleksu zaadaptowano na budynki mieszkalne.

Design też się liczy

Większość mierników produkowanych przez Sonel wygląda jak mniejsze lub większe zielono-niebieskie skrzyneczki. Ale użytkownicy sprzętu stają się coraz bardziej wrażliwi na ergonomię i wygląd urządzeń. Dlatego jeszcze w tym roku, do produkcji mają trafić modele z dużym wyświetlaczem i uchwytem ułatwiający trzymanie miernika w ręku.

Emisja w liczbach

88 Inwestorów Tylu zapisało się na akcje spółki, z tym że jeden działał w imieniu 192 innych osób fizycznych i prawnych, które obejmą akcje.

26,8 mln zł Tyle zapłacili oni za papiery dające im 26 proc. udziału w kapitale firmy.

1,5 mln zł A tyle z tej kwoty spółka zamierza odliczyć na koszty emisji.

W zaawansowanej technologii

Część prac przy produkcji mierników w Sonelu wykonuje się ręcznie, ale sercem zakładu są linie do automatycznego montażu elementów elektronicznych, które potrafią układać na płytkach drukowanych elementy tak drobne, że ich montaż przez człowieka nawet nie wchodzi w rachubę. Sonel korzysta z elementów produkowanych przez takie firmy, jak: Texas Instruments, Motorola, Toshiba, National Semiconductor czy Linear Technology.

O tym, jakich elementów użyć, decyduje dział badawczo-rozwojowy. Przygotowując do produkcji nowe modele urządzeń, musi on brać pod uwagę nie tylko oczekiwania klientów co do funkcjonalności mierników, ale też przepisy dopuszczające sprzęt do sprzedaży, które na różnych rynkach są różne.