Z wojną jest jak z ciążą — nie da się być „trochę”

Jacek Zalewski
21-03-2003, 00:00

Gdyby wczoraj pociski samosterujące i bomby dokonały dekapitacji (czyli ucięcia kierowniczych głów) saddamowej hydry, wojna z Irakiem mogłaby się zakończyć bardzo szybko. Niestety, trafienie się nie udało i wojna pokazała całą swoją przewrotność — wszak to właśnie udana defenestracja stała się w roku 1618 przyczyną jej wybuchu...

To zestawienie dwóch obcych terminów nie ma oczywiście żadnego sensu merytorycznego, ale zwraca uwagę na warstwę językową wydarzeń, którymi od wczoraj żyje cały świat. Bardzo charakterystyczne, że decydenci po stronie atakującej zgodnie uciekają od złowieszczego wyrazu „wojna”. Oficjalnie wszystko nazywa się operacją rozbrojeniową „Iracka wolność”, a ludzkość jest uspokajana, iż „interwencja” ma zasięg „ograniczony”. To jest widocznie ulubiony chwyt wszystkich wojskowych propagandzistów, jako że i tow. Breżniew skierował w roku 1979 do Afganistanu „ograniczony kontyngent wojsk radzieckich”. Na szczęście media nie postępują zgodnie z przysłowiem (notabene irackim) „nikt nie śmie powiedzieć lwu, że jego pysk śmierdzi” i we wszystkich językach świata eksponują na czołówkach jedno słowo — WOJNA.

W tym stanie rzeczy całkowicie naturalne jest pytanie, stawiane jak kraj długi i szeroki — czy Polska jest w STANIE WOJNY z Irakiem? Nasza Konstytucja nakazuje uszczegółowienie ustawami trzech stanów nadzwyczajnych: wojennego, wyjątkowego i klęski żywiołowej. Wszystkie one dotyczą wyłącznie obszaru Polski. Natomiast stan czwarty, wojny, uchwala Sejm (jeśli nie może się zebrać — wówczas postanawia o nim prezydent) „jedynie w razie zbrojnej napaści na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub gdy z umów międzynarodowych wynika zobowiązanie do wspólnej obrony przeciwko agresji”. I to wszystko — ojcowie Konstytucji nie zlecili doprecyzowania tych ogólnikowych zapisów ustawą, a zatem stosuje się je bezpośrednio.

Z kolei ustawa regulująca udział naszych sił zbrojnych w działaniach poza granicami państwa rozróżnia ich „pobyt” (ćwiczenia, akcje ratownicze i humanitarne, przedsięwzięcia reprezentacyjne) oraz „użycie” — w celu m.in. „udziału w konflikcie zbrojnym lub dla wzmocnienia sił państwa albo państw sojuszniczych”. I właśnie w tym trybie od wczoraj kontyngent o liczebności do 200 żołnierzy „przyczynia się do wyegzekwowania przez Republikę Iraku rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1441” w składzie „Wielonarodowych Połączonych Sił Operacyjnych Koalicji Międzynarodowej”.

Z powyższego wywodu wynika, że nasze prawo w pełni zezwala polskim żołnierzom na faktyczne wojowanie bez zgody parlamentu z państwami, z którymi formalnie w stanie wojny nie jesteśmy! Wystarcza decyzja prezydenta podjęta na wniosek rządu, a w wypadkach ekstremalnych — na wniosek samego premiera. To fakt, że na froncie irackim polskie formacje przede wszystkim obsadzają tyły — odkażają, organizują szpitale, zabezpieczają logistykę etc. Ale już GROM nie jest żadnym oddziałem pomocniczym, lecz wręcz przeciwnie — jednostką sprzed pierwszej linii! Poza tym, na każdym froncie tyły stanowią całkowitą jedność z tymi, którzy bezpośrednio rzucają bomby i odpalają rakiety.

W sumie wychodzi, że obecna Konstytucja jest w tej sprawie bardzo elastyczna. Jeśli w trosce o długofalowe bezpieczeństwo państwa nasi decydenci postawili — w odróżnieniu od opinii publicznej — na prewencyjną WOJNĘ, to powinni to oznajmić bez językowej ekwilibrystyki.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Z wojną jest jak z ciążą — nie da się być „trochę”