Za dużo jest amatorów na polski rynek gazu

Anna Bytniewska
opublikowano: 2001-02-26 00:00

Za dużo jest amatorów na polski rynek gazu

Obserwując to, co dzieje się w Polsce wokół gazu, nie można mieć wątpliwości, że rozpoczęła się walka o kontrolę nad strategicznym sektorem gospodarki. Sygnał do niej dał resort skarbu rozpoczynając prywatyzację krajowego monopolisty, jakim jest jeszcze Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Bój o jak największą porcję tortu odbywa się pod sztandarami dywersyfikacji źródeł dostaw i dostosowania rynku do wymogów UE. Najwięcej od zyskania lub do stracenia mają: Bartimpex na czele z Aleksandrem Gudzowatym, Gazprom — dotychczas jedyny dostawca zewnętrzny, PGNiG, które nie chce tracić roli hegemona i nowy, groźny gracz — Konsorcjum Zachodniopomorski Terminal LNG. Do podziału jest rynek, który do 2020 r. ma pochłaniać 22-24 mld m sześc. gazu. Mówi się jednak, że prognozy te są zawyżone.

Tymczasem rząd polski uparł się, żeby wprowadzić do gry Norwegów, oczywiście pod hasłem dywersyfikacji źródeł dostaw gazu. Norwedzy, jak się wydaje, lepiej znają bilans energetyczny Polski niż jej własny rząd, bo zdając sobie sprawę z grożącej Polsce nadpodaży gazu postawili sprawę jasno: będzie rura pod warunkiem, że będziecie odbierać całą ilość zakontraktowanego paliwa (czyli 5 mld m sześc.) lub zapłacicie za nieodebrany gaz.

Nie zraża to jednak przedstawicieli rządu. Rozwiązanie jest proste — należy zmniejszyć liczbę graczy. Tylko dlaczego z niekorzyścią dla rodzimej inicjatywy? Rząd desperacko dążąc do podpisania kontraktu z Norwegią na niekorzystnych warunkach nie zauważa alternatywnych, bardziej korzystnych dla polskiej gospodarki rozwiązań. Tak wiele mówi się o bezrobociu, a decydenci podobno szukają recepty na jego ograniczenie. Tymczasem inicjatywy polskich przedsiębiorców, które pociągają za sobą tworzenie wielu miejsc pracy i dynamizują gospodarkę, są ignorowane. Dlaczego? Na to pytanie trudno znaleźć odpowiedź.