Za granicą warto inwestować w złotych

Kamil Kosiński
opublikowano: 28-03-2011, 00:00
Obserwuj w MójPB:

Nawet inwestując na drugim końcu świata, można dokonywać transakcji w polskiej walucie. I może się to bardzo opłacać.

Z uwagi na minimalne progi transakcji wysokość opłat brokerskich czy dostęp do informacji niezbędnych do podejmowania decyzji inwestycyjnych najprostszą formą inwestowania zagranicą są fundusze inwestycyjne. Wiele dostępnych u krajowych dystrybutorów funduszy i subfunduszy powierzone im środki lokuje poza Polską. Większość to przedsięwzięcia paneuropejskie, a nawet globalne, zarejestrowane zazwyczaj w Luksemburgu. Przyjmują wpłaty w euro, dolarach amerykańskich, często też w złotych, a sporadycznie w innych walutach (np. skandynawskich).

— Polacy poświęcają więcej czasu wyborowi funduszu pod kątem eksponowanej w nazwie waluty bazowej niż temu, gdzie ten fundusz inwestuje. Tymczasem w przypadku funduszy inwestujących poza Stanami Zjednoczonymi i Europą Zachodnią waluta bazowa nie ma znaczenia z punktu widzenia polskiego inwestora. Nie jest bowiem tożsama z walutą, w której dokonywane są inwestycje — podkreśla Marek Arent, analityk rynków finansowych w firmie Expander.

Podaje przykład oparty na teoretycznych założeniach ułatwiających zrozumienie tego mechanizmu. Polak za 1000 zł kupuje około 300 dolarów amerykańskich po kursie 3,33 zł. Potem te 300 dolarów wpłaca do funduszu dolarowego inwestującego w Rosji. By kupić rosyjskie akcje, fundusz zamienia dolary na ruble, uzyskując za każdą jednostkę waluty amerykańskiej dwie jednostki waluty rosyjskiej (łącznie 600 rubli). Po jakimś czasie polski inwestor decyduje się wycofać swoje pieniądze z funduszu. W tym momencie wartość rosyjskich aktywów ani nie wzrosła, ani nie spadła w stosunku do kursu, po którym były kupowane. Zmienił się za to kurs rubla do dolara. Za jednego "zielonego" płaci się nie dwa a trzy ruble. W walucie rozliczeniowej funduszu nasz przykładowy inwestor dostaje więc 200 dolarów. Zakładając, że kurs złotego do dolara się nie zmienił, w złotych też stracił jedną trzecią zaangażowanego kapitału.

Waluty tzw. rynków wschodzących, do których zaliczana jest Polska mają tendencję do podobnych zachowań wobec euro i dolara, można więc przyjąć, że w przeliczeniu na złote nasz przykładowy inwestor straciłby nieco ponad 10 proc. zaangażowanego kapitału.

Hedging nie dla nas

Biorąc pod uwagę tę zależność, może się też okazać, że od wpłat w walutach rozliczeniowych funduszy Polakowi bardziej opłaci się wpłacać do nich złote. A jeśli nawet nie będzie to bardziej opłacalne, to przynajmniej nie ma się co zastanawiać, czy lepszy jest fundusz, którego walutą rozliczeniową są dolary, czy euro.

By się o tym przekonać, wystarczy przeanalizować wyniki subfunduszu Asian Growth, będącego częścią Franklin Templeton Investments Funds. Licząc od lutego 2008 r. do lutego 2011 r., wartość jego jednostki wyrażona w dolarach amerykańskich wzrosła o około 25 proc., a w euro o 34 proc. Gdyby jednak zakupów jednostek rozliczanych w euro i dolarach dokonywać w złotych, to licząc po średnim kursie NBP z dnia rozliczenia transakcji, zysk z obu rodzajów jednostek uczestnictwa przekroczyłby 43 proc. Należy jednak pamiętać, że rzeczywisty zysk w złotych byłby mniejszy ze względu na koszty przewalutowania złotych na walutę rozliczeniową funduszu.

— Każdy bank prowadzący rachunek funduszy zagranicznych przyjmujących wpłaty w złotych stosuje swoje stawki kupna i sprzedaży walut. Zależą one od łącznej wartości operacji danego funduszu w konkretnym dniu. Wydaje się jednak, że spready na takich transakcjach oscylują w okolicy 5 proc. Nawet po ich odliczeniu wynik inwestycji liczony w złotych byłby więc lepszy od tego w euro i dolarach — mówi Marek Arent.

Niektóre fundusze same zabezpieczają ryzyko kursowe, inwestując część środków w instrumenty pochodne mające uchronić ich inwestycje przed niekorzystnymi zmianami kursów walut, po których rzeczywiście dokonują inwestycji, wobec walut rozliczeniowych. Fundusze takie mają w nazwie literę H (ang. hedging). Przy założeniu, że wartość akcji, w które inwestują, wzrośnie o tyle samo, fundusz zabezpieczony przed ryzykiem kursowym okaże się korzystniejszy dla inwestora w przypadku spadku wartości waluty rozliczeniowej w stosunku do waluty, po której rzeczywiście dokonywane są inwestycje. W przypadku odwrotnym fundusz zabezpieczony przed ryzykiem kursowym osiągnie gorsze wyniki niż ten niezabezpieczony.

Należy jednak pamiętać, że fundusze luksemburskie nie zostały stworzone z myślą o Polakach, tylko o ludziach, dla których waluta rozliczeniowa funduszu jest też tą, w której zarabiają i płacą rachunki.

— Fundusze zabezpieczone hedgingowo to na pewno dobre rozwiązanie dla mieszkańców państw wysokorozwiniętych, których waluty w długim terminie będą się osłabiać w stosunku do walut rynków wschodzących. Dla Polaków mają sens tylko wtedy, gdy inwestycja w fundusz jest związana z chęcią utrzymywania jakiejś części oszczędności w euro lub dolarach — zaznacza Marek Arent.

W świat z polskim TFI

Inwestowanie za granicą umożliwiają też produkty rodzimych towarzystw funduszy inwestycyjnych rozliczane w złotych. Jest ich już całkiem sporo, ale swoją działalność koncentrują na najbliższych Polsce krajach.

— To efekt tego, że siedząc w Warszawie, trudno zarządzać inwestycjami na odległych rynkach — podkreśla Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI.

Jego TFI ma dwa subfundusze specjalizujące się w aktywach zagranicznych. Jeden inwestuje w Rosji, drugi w Turcji, Grecji Rumunii i Bułgarii. Działalność subfunduszu bałkańskiego wspierała początkowo firma asset management z Turcji.

— Oni nam doradzali, ale nie podejmowali decyzji inwestycyjnych, tzn. otrzymywaliśmy od nich portfele modelowe i rekomendacje poszczególnych instrumentów do portfela, ale decyzję o zakupie lub sprzedaży takich czy innych aktywów podejmowaliśmy sami — opowiada Sebastian Buczek.

Im bardziej egzotyczny rynek, na którym mają się koncentrować inwestycje funduszu, tym polskim zarządzającym jest trudniej. Dlatego polskie produkty mające inwestować naprawdę daleko, zazwyczaj samodzielnie nie selekcjonują aktywów do swojego portfela, a wszystkie wpłaty reinwestują w fundusze zagraniczne, często należące do tych samych grup kapitałowych. Ta konstrukcja sprawia, że wszelkie opłaty pobierane są od uczestników dwukrotnie — raz na poziomie polskiego, a raz na poziomie zagranicznego funduszu. Nie ma się więc co dziwić, że w konsekwencji wyniki inwestycyjne takich wehikułów pozostawiają wiele do życzenia. l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane