Dziś MSP ma podać ostateczną strukturę oferty i cenę
O słabym wyniku oferty zdecydowały zbyt wysoka wycena i nastroje na giełdach — uważają analitycy.
Do tej pory prywatyzacje przez giełdę szły jak z płatka. Minister skarbu za szybko jednak chyba uwierzył, że gracze kupią wszystko i nie będą kręcić nosem na wyceny. Inwestorzy w ofercie publicznej BGŻ nie dopisali i dlatego — jak wynika z nieoficjalnych informacji PAP — przydzielonych zostanie tylko 5,25 z 16,05 mln oferowanych akcji. Cena sprzedaży wyniesie 66 zł, czyli ponad 25 proc. mniej, niż wynosiła cena maksymalna. Oznacza to, że resort skarbu może liczyć co najwyżej na wpływy rzędu 346 mln zł brutto wobec maksymalnych oczekiwań na poziomie 1,44 mld zł.
— Sądzę, że o niewielkim zainteresowaniu ofertą zdecydowała przede wszystkim zbyt wysoka wycena. Z ofert publicznych, przeprowadzanych przez skarb państwa w ostatnich kilkunastu miesiącach, oferta BGŻ wydawała się najmniej atrakcyjna cenowo. Nie bez znaczenia dla decyzji inwestorów były też pogarszające się nastroje na giełdach. Wydaje się, że uczestnicy rynku oczekiwali znacznego dyskonta. Biorąc pod uwagę relatywnie niską rentowność kapitałów (ROE) i konieczność restrukturyzacji biznesu, uzasadniona byłaby wycena zbliżona do wartości księgowej banku [około 60 zł na akcję — red.] — mówi Tomasz Bursa, analityk Ipopemy.
— Od początku problemem były zbyt wysokie oczekiwania MSP — potwierdza anonimowo jeden z zarządzających TFI.
Podobnie uważa przedstawiciel jednego z brokerów, oferujących akcje BGŻ w ofercie publicznej.
— Jest problem z bankami, które mają ROE na poziomie 6- -7 proc. Wyceny rynkowe oscylują wtedy w granicach wartości księgowej. Niedawno w regionie doszło do emisji banku z niskim ROE i sprzedała się ze wskaźnikiem C/WK 0,7.
Oczekiwania wobec BGŻ są zdecydowanie na wyrost. Detaliczny inwestor nie zwraca uwagi na ROE, ale dla instytucji tego typu przypadki są niesprzedawalne. Oczywiście bank mógłby przekonać, że w perspektywie dwóch lat jest w stanie znacząco zwiększyć zwrot na kapitale, wtedy inwestorzy daliby mu kredyt zaufania. Sądzę, że taki kredyt został dany i dlatego mamy wycenę na poziomie książki. To jest cena, po jakiej można sprzedać BGŻ — mówi anonimowo broker.
Jego zdaniem, najlepszym wyjściem byłoby przesunięcie oferty do czasu, aż na GPW wrócą wzrosty. Jeśli nie stanie się tak w ciągu najbliższych 10 dni, to kiepsko może wypaść debiut banku, planowany wstępnie na 27 maja. Zadowolony będzie wtedy chyba tylko Rabobank, główny akcjonariusz BGŻ, który nie ukrywał, że ma ochotę na zwiększenie zaangażowania. Jego pozycja negocjacyjna na pewno wzrośnie.
— Nie sądzę jednak, by skarb państwa był skłonny sprzedać BGŻ za wszelką cenę. Dopięcie budżetu nie zależy przecież od tego, czy wpłynie do niego 1-1,5 mld zł z oferty publicznej banku — mówi Tomasz Bursa.