Zachód czeka na lepszy klimat

Wojciech Surmacz
10-05-2002, 00:00

Co najmniej kilka tysięcy firm w Polsce ma wadliwie funkcjonujące informatyczne systemy zarządzania. Wszystko za sprawą dostawców biznesowego software’u, którzy jeszcze kilka lat temu wykorzystywali nieświadomość polskich menedżerów w tej kwestii, sprzedając im produkty, które tak naprawdę nie były dopasowane do ich potrzeb. Ubolewa nad tym Uli Kottmann, prezes firmy konsultingowej Process4E, który do tego zmartwienia dokłada kolejną polską bolączkę — brak inwestycji zagranicznych w sektorze IT.

„Puls Biznesu”: Co to jest proces?

Uli Kottmann: Jeżeli odnosi się Pan do nazwy naszej firmy, to trzeba dodać jeszcze przymiotnik „biznesowy”.

- Czy to ma jakiś związek z zarządzaniem procesowym?

— Zarządzanie procesowe jest zdecydowanie jednym z aspektów naszej działalności.

- Pytam o zarządzanie, bo ostatnio jest ono bardzo modne w Polsce. Mniej więcej od roku co druga firma konsultingowa chce u nas zarobić na tym pieniądze.

— Nie tylko ostatnio. Procesy biznesowe istniały, istnieją i będą istniały. W konsultingu znajdzie Pan mnóstwo nowych trendów, mód, czy preferencji w stylach zarządzania. Pamiętam, że kiedy byłem na studiach moi profesorowie zachwycali się organizacją firm japońskich i ich dość specyficzną metodą przepływu materiałów tzw. Kanban. Mniej więcej 20 lat później w świecie konsultingu rozgorzała na ten temat dyskusja i nazwano to łańcuchem dostaw.

- Czy na tym polega ten fenomen zarządzania procesowego?

— Nie chciałbym, żeby mnie źle zrozumiano, ale chodzi mi o to, że takie pojęcia jak zarządzanie procesowe, czy procesy biznesowe — będą zawsze funkcjonowały. Tylko że wielkie firmy konsultingowe będą im nadawały inne, nowe, modne nazwy.

- A co mają z tym wspólnego systemy CRM?

— Sporo. Customer Relationship Management, czyli CRM to nic innego jak procesy biznesowe związane z klientami w formie oprogramowania komputerowego. System CRM czuwa nad tym, w jaki sposób firma kontaktuje się ze swoimi klientami (poprzez rozmowy telefoniczne, SMS-y itp.) i jakimi informacjami chce albo powinna się z nimi wymieniać.

- Czy często musicie to tłumaczyć szefom polskich firm?

— To jest nasza standardowa modlitwa poranna. Niestety polskie firmy wielokrotnie wdrażały systemy informatyczne klasy ERP, czyli takie jak np. CRM, bez wykonania wcześniejszych analiz procesów biznesowych. Efekt jest taki, że te systemy po prostu nie działają optymalnie i rodzą frustrację wśród polskich przedsiębiorców.

- Ile jest w Polsce takich sfrustrowanych firm?

— Konkretnej liczby nie podam, ale myślę, że jest ich kilka tysięcy.

- Czy to są firmy oszukane czy nieświadome tego, co kupiły?

— To jest mieszanka wielu czynników. Ale trzeba być uczciwym wobec polskich menedżerów, którzy tuż po zmianach ustrojowych na początku lat 90. musieli nagle zacząć działać zgodnie z zachodnim stylem biznesowym. Jednocześnie nie bardzo mieli kiedy i od kogo się tego nauczyć. Myślę, że znaleźli się wówczas w bardzo trudnej sytuacji. Z jednej strony, nie mieli doświadczenia w wyborze takich systemów komputerowych, ale z drugiej wiedzieli, że muszą się zdecydować na któregoś z grupy dostawców, którzy pukali do ich drzwi i zapewniali o swoim profesjonalizmie.

- Czyli wielu dostawców informatycznych po prostu żerowało na nieświadomości polskich menedżerów?

— Trudno powiedzieć, czy mieliśmy do czynienia z nadużyciami. Jedno jest pewne — dostawcy wykorzystali brak świadomości polskich menedżerów.

- Jakie są konsekwencje wdrożenia chybionego systemu?

— To mogą być konkretne straty finansowe.

- Jakiego rzędu kwoty mogą wchodzić w rachubę?

— Jeżeli weźmiemy średniej wielkości polską firmę, to wdrożenie CRM-u może ją kosztować 150 tys. USD a nawet 1 mln USD, do tego należy dołożyć wysiłek organizacji przy wdrożeniu. Tak więc, jak widać te, koszty mogą być znaczne. Ale dlaczego pyta Pan tylko o złe strony wdrożenia CRM-u? Może Pan zapyta o dobre?

- O zaletach dużo łatwiej jest mówić.

— Tak, ale czasami wy, Polacy, powinniście przełamać w sobie to coś, co się nazywa słowiańską melancholią.

- Sugeruje Pan, że ja ją mam.

— Oczywiście.

- A na czym ona polega?

— Niech Pan nie udaje, że nie wie o czym mówię.

- Może i wiem, ale to Pan o niej wspomniał, więc niech Pan mi to teraz wytłumaczy.

— Robię interesy w środkowej i wschodniej Europie — nie tylko w Polsce — od 10 lat. Zauważyłem w tym regionie pewną dziwną prawidłowość wśród jego mieszkańców — nie tylko Polski, ale też wszystkich innych krajów tego regionu. Polega ona na postrzeganiu wielu zjawisk bardzo negatywnie, na braku entuzjazmu i pozytywnych zachowań. Zauważam wśród was jakiś taki dziwny, zupełnie irracjonalny sceptycyzm w podejściu do wielu spraw.

- Niemożliwe.

— Poważnie. Często ze swoimi pracownikami prowadzę takie filozoficzne dyskusje, bo jako obcokrajowiec jestem tym nieco zdziwiony.

- Wydaje mi się, że ludzie z Zachodu dużo bardziej sceptycznie podchodzą do życia. Wystarczy, że Pana zapytam o ocenę atrakcyjności polskiego rynku IT pod względem inwestycji zagranicznych. Zaraz się okaże, kto tu jest sceptycznie nastawiony.

— W tym sceptycyzmie nie ma cienia melancholii. Myślę, że dzisiejsza sytuacja w Polsce jest kompletnie inna od tego, co się działo jeszcze 10 lat temu. Większość wielkich międzynarodowych firm z branży IT jest teraz obecna w Polsce. To co miały tutaj zainwestować już zainwestowały i teraz będą w naturalny sposób wzrastać. Ale spójrzmy, jakie obszary polskiego rynku informatycznego mogą być jeszcze atrakcyjne dla zagranicznych inwestorów. Macie tutaj dwa segmenty tego rynku, które znajdują się w fazie wczesnego rozwoju. Ogólnie można go podzielić na trzy segmenty — hardware, software i usługi serwisowe. Te dwa ostatnie znajdują się w waszym kraju w fazie dynamicznego rozwoju i są zdecydowanie słabo rozwinięte w porównaniu z Czechami, czy Węgrami. I właśnie tutaj znajduje się potencjalne miejsce dla inwestorów. Także tutaj istnieje bardzo duży potencjał wzrostu. W związku z czym polski rynek jest na pewno atrakcyjny dla specjalistycznych firm z Zachodu — Francji, Niemiec czy Stanów Zjednoczonych, które mają jakieś rozwiązania dedykowane dla konkretnych segmentów rynku, dla konkretnych branż. Dla takich wyspecjalizowanych firm polski rynek jest bardzo atrakcyjny. Natomiast dla dużych firm, działających w branży software development, czyli pisania oprogramowania, Polska zdecydowanie nie jest już atrakcyjna. Straciła swoją atrakcyjność na rzecz takich krajów, jak Rumunia czy Rosja — głównie ze względu na wyższe koszty zatrudnienia.

- Wspomniał Pan o tych małych, wyspecjalizowanych, zachodnich firmach. Czy widać już jakiś ruch w tym sektorze? Czy w coś już u nas zainwestowały?

— Zdecydowanie tak. To znaczy w tej części rynku widać bardzo duże poruszenie. Kiedy byłem w ubiegłym roku na konferencji w Monachium, uczestniczyłem w forum East-West. Było tam wiele — głównie niemieckich — firm, posiadających produkty niszowe właśnie dla konkretnych branż i one są jak najbardziej zainteresowane inwestowaniem w waszym kraju, aczkolwiek one patrzą na Polskę, przyglądają się, ale czekają na lepszy klimat inwestycyjny i na jednoznaczne decyzje związane z wstąpieniem Polski do struktur UE — np. określenie konkretnej daty.

- Co to znaczy lepszy klimat? Czekają na lato i słoneczne dni?

— Cha, cha, cha... myślę, że w Polsce panują inne warunki klimatyczne niż np. w Hiszpanii czy Portugalii — oni mają lepszą pogodę. Ale tak poważnie to myślę, że chodzi im o takie zjawiska jak potężna biurokracja, wszechobecny formalizm czy korupcja. Kiedy patrzę na polską gospodarkę, to widzę, że nie jest w jakiejś rewelacyjnej formie i wszyscy tutaj czekają na to, jak zachowa się polski rząd. Jeżeli chodzi o rynek inwestycyjny w Polsce, to potrzebuje on większego wzrostu gospodarczego. Jest naprawdę dużo firm, które z zainteresowaniem patrzą na ten kraj, który jest wciąż atrakcyjny, ale mówią: poczekajmy jeszcze 6 miesięcy może sytuacja się ustabilizuje.

Uli Kottmann ma 44 lata. Jest współ-założycielem i prezesem firmy Process4E. Ukończył

Uniwersytet w Esslingen (Niemcy). Przed

rozpoczęciem działalności Process4E założył i kierował firmą konsultingową FCP Uli Kottmann, zlokalizowaną w Monachium, która koncentrowała się na rynkach Europy Środkowej i Wschodniej. W latach 1996-2000 firma FCP prowadziła duże projekty dla takich klientów, jak: Veribest (Intergraph), JTT Computer, US Robotics, 3Com i podmiotów Compaq Computer w Europie. W latach

1986-96 Uli Kottmann pracował dla Compaq Computer’s Business Development Group w centrali Compaqa na Europę, Bliski Wschód i Afrykę (EMEA) w Monachium. W okresie tym przyczynił się do rozwinięcia działalności firmy Compaq na rynkach EMEA i był zaangażowany w utworzenie 15 oddziałów w tym regionie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Zachód czeka na lepszy klimat