Zaczynam ufać radom analityków
Odetchnąłem. W ubiegły poniedziałek byłem bardzo zdenerwowany. Co prawda giełdowi specjaliści wypowiadali się w raczej uspokajającym tonie i nie przewidywali czarnego poniedziałku na Wall Street, na mnie to jednak nie działało.
Początek notowań przyprawił mnie o palpitację serca — Nasdaq zniżkował na otwarciu o ponad 5 proc., ale umiarkowanym optymizmem natchnął mnie Dow Jones, który spadł tylko o 0,4 proc. Postanowiłem zaryzykować i nie przyczyniać się do spadku rodzimego rynku. Czekałem na dalszy przebieg wydarzeń. Pod koniec sesji w Nowym Jorku okazało się, że Dow Jones spadł o około 7 proc. Większość naszych rodzimych analityków zapowiadała mniej więcej taki scenariusz i ku mojemu miłemu zaskoczeniu te przepowiednie sprawdziły się. Może więc nie jest tak, że swe analizy i rekomendacje budują oni na podstawie fusów po herbacie, o co jeszcze niedawno ich podejrzewałem.
Zaczynam powoli odbudowywać moje mocno nadwątlone zaufanie do analityków. Zwłaszcza że poważnie niepokoję się o stan mojego konta. Czuje się zagubiony w swych decyzjach inwestycyjnych i potrzebuję wsparcia kogoś z zewnątrz. O największy ból głowy przyprawia mnie nieszczęsny Softbank. A zapowiadało się tak ciekawie. Inna moja spółka — Prokom — miała przejąć swego niedoszłego partnera w interesach. Niestety, z fuzji wyszły nici. Później atmosferę podgrzewała informacja o tym, że prezes Softbanku będzie bronić się przed wrogim przejęciem przez Prokom i w tym celu zaczął dokupować akcje swej firmy. Skopiowałem więc ruch prezesa będąc pewnym niebotycznych wzrostów notowań spółki. Nic z tego nie wyszło! W ciągu trzech tygodni straciłem za to ponad 23 proc. zainwestowanego kapitału. Tymczasem sprawa ucichła, a ja zostałem z papierami.
Z inwestycji w Prokom też nie mogę być zadowolony. Straciłem od czasu kupna jego walorów 20 proc., ale według komentarzy specjalistów ma on lepsze fundamenty do wzrostów niż Softbank. Chyba więc pozbędę się w najbliższych dniach akcji tego ostatniego. Trudno, czasami trzeba się pogodzić ze stratą i próbować odbić sobie niepowodzenie na innych akcjach. I tu mam dylemat — co kupić na jego miejsce? W ostatnich dniach w prasie głośno było o PKN Orlen. Zacząłem więc pilnie śledzić notowania tej spółki. Dziennikarze spekulowali o możliwym odwołaniu prezesa spółki — ponoć miał zostać zastąpiony przez Aldonę Kamelę-Sowińską. To po pierwsze. Po drugie zaś nieoficjalnie mówi się o dość wysokiej cenie za pakiet akcji Orlenu, oferowanej przez dwie zagraniczne rafinerie: austriacką OMV i węgierskiego MOL-a.
Maklerzy BDM w raporcie ujawnionym 5 września ocenili, że akcje PKN-u są niedowartościowane o około 30 proc. Od tamtej pory kurs giełdowy rafinerii spadł jednak o ponad 15 proc., więc obecna cena rynkowa jest jeszcze bardziej niedoszacowana. Później ukazała się kolejna rekomendacja dla PKN-u wydana przez CSFB. Analitycy tej instytucji wycenili jedną akcję Orlenu na 25,5 zł, co przy obecnej cenie około 16 zł daje prawie 60-proc. dyskonto. Nieźle, prawda? Przyznam jednak szczerze, że trochę się boję. A co będzie, jeśli sytuacja z niedoszłym Prokomo-Softbankiem powtórzy się i tym razem? Znów będę stratny! Ale z drugiej strony, kto nie ryzykuje, ten nie je. Chyba w najbliższych dniach zmienię Softbank na PKN. Oby tylko nie okazało się, że zamienił stryjek siekierkę na kijek.