Zagraniczni gracze wychodzą z GPW

Paweł Puchalski
opublikowano: 2001-04-09 00:00

Zagraniczni gracze wychodzą z GPW

Pogarszająca się koniunktura na warszawskim parkiecie jest efektem braku popytu na akcje notowanych spółek. To z kolei w dużej mierze wynika ze struktury inwestorów działających na giełdzie.

Zdaniem analityków Raiffei- sen Capital z każdym dniem maleje udział graczy zagranicznych. Obecnie ich zainteresowanie polskim rynkiem kapitałowym spadło do minimum, głównie ze względu na obawy dotyczące ryzyka, jakie wiąże się z nabywaniem walorów krajowych przedsiębiorstw.

— Co gorsza, zagraniczni inwestorzy pozbywają się wciąż posiadanych w portfelach akcji. Z drugiej strony trudno wskazać na taką grupę graczy, która mogłaby wykreować popyt i wyhamować obecną tendencję spadkową — uważa Paweł Puchalski, analityk Raiffeisen Capital & Investment Polska.

Optymistycznie nie mogą nastrajać wyniki finansowe samych przedsiębiorstw, które w wielu przypadkach są zdecydowanie gorsze od powszechnie oczekiwanych. Do tego należy dodać nieciekawą sytuację makroekonomiczną.

— Obecnie gospodarka polska boryka się z wieloma trudnościami. Po części efektem tego będzie mniejszy wzrost PKB niż w 2000 roku. Należy również pamiętać, że wiele decyzji i regulacji jest nadal nieprzejrzystych, co niewątpliwie zwiększa ryzyko inwestycyjne — twierdzi Paweł Puchalski.

Jego zdaniem, niekorzystnie na GPW mogą również wpłynąć zawirowania polityczne związane z wyborami parlamentarnymi. Negatywne konsekwencje może mieć sytuacja po powołaniu nowego rządu, gdy w administracji centralnej i terenowej zmiany będą odbywały się w sposób powolny.

Niewiele w obecnym postrzeganiu GPW zmieniają natomiast fundusze emerytalne.

— Od paru lat słyszymy, że OFE chcą kreować popyt na polskie papiery wartościowe. To jednak nie wystarczy. Po pierwsze — należy pamiętać o regulacjach ograniczających ich inwestycje. Po drugie — nadal dysponują one stosunkowo małymi środkami pieniężnymi. Zaległości ZUS w przekazywaniu składek ograniczają możliwości inwestycyjne — uważa analityk Raiffeisen Capital & Investment Polska.

Trudno spodziewać się też popytu ze strony graczy zagranicznych, zwłaszcza gdy na ich rodzimych rynkach panuje trend spadkowy. W takiej sytuacji nie tylko podchodzą one do wszelkich zakupów akcji w Polsce ze szczególną ostrożnością, ale dodatkowo ograniczają swoje zaangażowanie zamykając dotychczas otwarte pozycje.

Część funduszy czeka na możliwość wyjścia z inwestycji poczynionych na rodzimej giełdzie. Najlepiej widać to na przykładzie Elektrimu.

— Niektórzy akcjonariusze warszawskiego holdingu dokupują akcje, aby umocnić swoją pozycję przed nadchodzącym nadzwyczajnym walnym zgromadzeniem akcjonariuszy. Ponieważ wszyscy o tym wiedzą, to razem z większym popytem powinna rosnąć również cena walorów tej lokomotywy GPW. Tymczasem wcale tak nie jest — tłumaczy Paweł Puchalski.

Wartość obrotów akcjami Elektrimu jest ostatnio zdecydowanie wyższa niż zazwyczaj przy stabilnym poziomie ceny. Oznacza to, że wraz ze wzrostem popytu gwałtownie wzrosła także podaż. Z tego faktu należy wnioskować, że wciąż istnieje znacząca grupa dużych inwestorów, którzy chcą sprzedać swoje pakiety za wszelką cenę.

— Oni nie chcą nawet próbować składać zlecenia z limitem sprzedaży na poziomie 29-30 zł. Być może nawet udałoby się im zrealizować transakcje po takiej cenie. Dziś, jedyne czego pragnie część inwestorów, to zapomnieć zarówno o Elektrimie jak i o całym polskim rynku — dodaje analityk.

Na warszawskiej giełdzie jest jeszcze wiele spółek zagrożonych podobnym podejściem ze strony inwestorów zagranicznych. Proceder ten może m.in. dotknąć takie dotychczasowe blue chipy jak KGHM Polska Miedź czy Agora. Najczęściej jednak zbyt niski dzienny obrót nie pozwala na sprzedaż wszystkich posiadanych papierów. Obecnie jeden z największych problemów stanowi bowiem płynność znacznej części lokalnych blue chipów, za które powszechnie uważa się spółki wchodzące w skład indeksu WIG 20.

Wymienione

uwarunkowania na pewno nie przyczynią się do poprawy ciągle pogarszającej się na warszawskiej giełdzie koniunktury. Dlatego też należy oczekiwać konsolidacji podstawowych indeksów na poziomie od kilku do kilkunastu procent niższym od obecnie notowanego. Trudno natomiast przewidzieć, czy to nastąpi w ciągu najbliższych tygodni czy też miesięcy. Na pewno nie będą to jednak silne spadki.

— Nikt nie wie, kiedy skończy się odpływ inwestorów zagranicznych. Niezależnie od tego, będziemy jednak musieli poczekać na wyraźny przypływ obcych kapitałów, aby GPW mogła zacząć myśleć o wzrostach. Niestety, decyzje inwestycyjne podejmowane przez fundusze nie zmieniają się z dnia na dzień. Jeżeli ktoś postanowił wyjść z rynków Europy Środkowej i Wschodniej, to nie można spodziewać się, że wróci za tydzień, czy za miesiąc — uważa Paweł Puchalski.

W dłuższym horyzoncie czasowym silnym hamulcem dla znaczącego napływu kapitału może okazać się malejąca kapitalizacja GPW. Już dziś zauważalny jest gwałtowny spadek płynności i free float na licznych dużych spółkach — głównie dzięki skupowaniu ich akcji przez inwestorów strategicznych. W przyszłości z pewnością będziemy światkami wycofania kilkunastu przedsiębiorstw. Kolejnym ważnym zagrożeniem dla kapitalizacji giełdy jest jak najbardziej realna możliwość zmiany rynku notowań przez największe krajowe spółki.

— Spółki, które zadebiutowałyby na dużych giełdach europejskich lub amerykańskich, zyskałyby na wiarygodności i płynności, gdyż bez wątpienia poprawiłoby się ich postrzeganie przez zachodnich inwestorów. Dobrym przykładem jest tu przedsiębiorstwo Rio Tinto z Ameryki Łacińskiej notowane w USA. Mimo że prowadzi ono działalność podobną do KGHM, choć w znacznie mniejszym rozmiarze, to dzienna wartość handlu jego akcjami wynosi kilka milionów dolarów — mówi specjalista z Raiffeisen Capital.