Zalecenia sprzedaży TP SA to dla mnie czas zakupów

Anonimowy Inwestor
opublikowano: 2002-10-14 00:00

To był tydzień niepewności. Nie mogłem się zdecydować, czy już się pozbyć, czy jeszcze wstrzymać się ze sprzedażą papierów TP SA. Nie mogąc podjąć jednoznacznej decyzji, postanowiłem zachować status quo. I chyba dobrze się stało.

Moje przeświadczenie o coraz ożywczych powiewach z Zachodu ma na razie charakter czysto intuicyjny. Niemniej jednak, porównanie skali spadków na giełdach zachodnich i na GPW pokazuje relatywną siłę naszego parkietu. To dość zaskakujące zjawisko sprawia, że zaczynam nabierać przekonania o nadciągających do Warszawy wzrostach. Mógłby ktoś pomyśleć, że chyba postradałem rozum, bo jeśli za granicą króluje bessa, to niby dlaczego miałaby ona nas ominąć? Bardziej logiczny byłby scenariusz zakładający, że dopadnie ona i nas. Nic z tego! Moim zdaniem, będzie dokładnie odwrotnie. Założenie to opieram na pewnej obserwacji.

Do tej pory bywało tak, że gdy na Zachodzie zaczynały się wzrosty, to nasza giełda pozostawała na te sygnały niewrażliwa, nie zauważała ich. Dlaczego? Wiadomo nie od dziś, że bez „zagranicy” rodzimi gracze nie są w stanie wygenerować wystarczającego popytu dla wywindowania kursów spółek. A ponieważ owa „zagranica” była zajęta swoimi własnymi rynkami, Warszawa pozostawała na peryferiach jej zainteresowań. Uczucie stawało się cieplejsze z chwilą zaspokojenia żądzy zysków na własnym podwórku. Dopiero gdy z Frankfurtu, Londynu czy Paryża zaczynała odpływać gotówka, Warszawa mogła liczyć na jej przypływ. Wszak w przyrodzie nic nie ginie, tylko zmienia właściciela.

Wystarczy spojrzeć na zachowanie indeksów naszej giełdy i rynków zachodnich, aby uświadomić sobie, że jesteśmy w lepszej sytuacji niż większość rynków UE. Strumyczek kapitału napływającego do Warszawy jest na razie wąziutki i ledwo się sączy, ale jestem gotów się założyć, że w najbliższym czasie przerodzi się on w rwącą rzekę. Jak zwykle powódź nie będzie długotrwała, niemniej jednak zdoła wyrwać nawet największe i najgrubsze dęby, by unieść je ze wzbierającym na sile prądem. Wierzę, że takim właśnie „dębem”, który zapuścił już korzenie nazbyt głęboko jest TP SA.

O prawidłowości tego nieco przewrotnego toku myślenia przekonują mnie też domy maklerskie. Dlaczego? Wyjaśniam od razu, że jestem wyznawcą spiskowej teorii dziejów. Dlatego gdy widzę, że zachodni brokerzy wystawiają dla TP SA coraz więcej rekomendacji sprzedaży akcji, to wzbiera we mnie przekonanie o prawdopodobieństwie wystąpienia rychłego ataku kupujących. W lipcu kilka zagranicznych domów maklerskich nie miało najlepszej opinii o spółce i wyceniało jej walory na 10-11 zł. Tymczasem pod koniec sierpnia wyceniane one były na ponad 13,5 zł. Teraz Merrill Lynch zaleca sprzedaż HSBC Securities, redukowanie pozycji na TP SA, a Morgan Stanley wystawił zalecenie „poniżej rynku”. Ja najprawdopodobniej zachowam się odwrotnie i — licząc na powtórkę sierpniowej przygody — dokupię akcji operatora.