Minister finansów Zyta Gilowska stwierdziła wprawdzie, że trzeba zmienić maszynerię pod nazwą finanse publiczne, ale — o ile dobrze słyszałem — nie mówiła już o reformie. I chyba nieprzypadkowo. Zaproponowała parę sensownych skądinąd posunięć, które jednak nie zmienią obrazu finansów publicznych, a można mieć wątpliwości co do możliwości ich realizacji.
Oczywiście zapowiedzi obniżki podatków za dwa lata, czy klina podatkowego od przyszłego roku są miłe dla ucha, ale dla budżetu oznaczają spadek dochodów. Pani minister wprawdzie proponuje pewne zmiany w administracji, ale trudno bez wnikliwej analizy ocenić, czy przyniesie to wystarczające oszczędności, by zrównoważyć ten ubytek.
Żeby było jasne — jestem jak najbardziej za likwidacją funduszy celowych, gospodarstw pomocniczych itd. Wszyscy od lat o tym mówią i w końcu kiedyś trzeba to zrobić. Oczywiście przyniesie to oszczędności, ale byłbym ostrożny w szacowaniu ich skali. Bo jeżeli np. likwidujemy fundusz celowy, który wydawał 2 mld zł, to nie znaczy, że oszczędzamy te miliardy. Cele, jakie realizował ten fundusz, przejmie np. jakieś ministerstwo i po prostu kto inny będzie wydawał te pieniądze. Może trochę mniej wyda, pewnie zaoszczędzimy trochę na kosztach administracji, ale będą to stosunkowo drobne oszczędności. Plany Ministerstwa Finansów to krok, a może nawet kilka kroków, we właściwym kierunku. Są one jednak niewielkie i nie zbliżają nas znacząco do zasadniczego celu, jakim jest reforma finansów publicznych.
Witold Orłowski
ekonomista PricewaterhouseCooper