Stopy procentowe mogą być podnoszone jeszcze w 2008 i 2009 r. — ostrzega Dariusz Filar z Rady Polityki Pieniężnej.
Zdaniem prof. Dariusza Filara, członka Rady Polityki Pieniężnej, gdyby nie ubiegłoroczne zacieśnienie polityki monetarnej inflacja w Polsce mogłaby być dzisiaj znacząco wyższa.
— Podwyżki stóp procentowych dokonane w 2007 r. i zwiększenie w ten sposób szansy na umacnianie się złotego zdjęły z dzisiejszej inflacji od 1 do 2 punktów procentowych. Bez tych działań nasz wskaźnik cen mógłby być porównywalny z tym w Czechach — mówi prof. Filar.
U naszych sąsiadów wskaźnik inflacji w maju wyniósł 6,8 proc.
Końca nie widać
Ekonomista uważa jednak, że dalsze podwyżki stóp procentowych są nadal prawdopodobne. Nawet w 2009 r.
— Ostatnia projekcja inflacyjna, stworzona przez analityków Narodowego Banku Polskiego, zakłada, że inflacja zejdzie poniżej 3,5 proc. (górnej granicy dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego) na przełomie lat 2009/2010 r. Ten scenariusz już teraz jest zagrożony. Sama tylko inflacja bazowa po wyłączeniu cen żywności i energii jest powyżej wyliczeń modelowych: w drugim kwartale wyniosła około 2,1 proc., a spodziewano się poziomu niższego niż 2 proc. Przez to cała ścieżka inflacji może pójść w górę, poniżej 3,5 proc. zejdzie dopiero w dalszej części 2010 r. Należy więc liczyć się z możliwością, że stopy będą musiały być nadal podnoszone i w tym, i w przyszłym roku — wyjaśnia ekonomista.
Czy zatem lepiej dla stabilności cen byłoby, gdyby RPP podwyższyła stopy procentowe w kwietniu i w maju?
— Wtedy ukształtował się podział głosów w radzie, który na to nie pozwolił. Mogę tylko powiedzieć, że według naszych analityków, dwie podwyżki o 25 punktów bazowych obniżają przyszłą inflację o około 0,15 punktu procentowego — odpowiada prof. Dariusz Filar.
Będzie ciężko
Rządowy program konwergencji, określający ścieżkę spełnienia kryteriów niezbędnych do wejścia do strefy euro, zakłada, że w przyszłym roku inflacja wyniesie 2,9 proc. Zdaniem prof. Filara, spełnienie tego założenia nie będzie łatwe.
— Jako przedstawiciel władz monetarnych jestem odpowiedzialny za realizację tego scenariusza. Jednak jest to zadanie bardzo trudne. Plany zawarte w programie są w obecnych warunkach bardzo ambitne, dotyczy to zresztą w równym stopniu planowanej redukcji deficytu sektora instytucji rządowych i samorządowych — uważa prof. Dariusz Filar.
Jego zdaniem, założenia programu konwergencji jeszcze mają szansę się sprawdzić. Ale będzie to wymagać zdecydowanych działań. A ryzyko i tak będzie duże. Niewykluczone, że założenia przyjdzie korygować.
Nie patrzmy na południe
Za pół roku strefa euro rozszerzy się o Słowację. Dariusz Filar uważa, że do doświadczeń Słowacji po wstąpieniu do Eurolandu nie powinniśmy przywiązywać zbyt dużej wagi. Przynajmniej nie prędko.
— Spodziewam się, że w pierwszym roku po przyjęciu przez Słowację wspólnej waluty inflacja wyraźnie pójdzie w górę. Nasi sąsiedzi całą swoją energię podporządkowali spełnieniu kryterium inflacyjnego. Nadchodzi moment, kiedy trzeba będzie za to zapłacić — właśnie podwyższoną inflacją. Dlatego Słowacja może być dobrym przykładem, ale dopiero po trzech, czterech latach. Jeśli się okaże, że dzięki euro jest dobrze rozwijającym się krajem, że lepiej przyciąga inwestorów, będzie to istotny argument na rzecz słuszności tej drogi. Rok 2009 może się natomiast okazać wodą na młyn dla przeciwników wejścia przez Polskę do strefy euro — mówi Dariusz Filar.
Jego zdaniem, trzeba patrzeć na te kraje, które weszły do strefy euro wcześniej.
— Mają problemy, ale łączny efekt jest pozytywny — uważa ekonomista.