Zapowiada się bitwa o każdy kilometr przyszłych autostrad

Agata Hernik
opublikowano: 2009-06-18 00:00

Przybywa inwestycji drogowych, ale i chętnych do ich realizacji. Polskie firmy obawiają się nowej konkurencji.

Firmy z całego świata chcą ratować się przed skutkami kryzysu, budując drogi w Polsce

Przybywa inwestycji drogowych, ale i chętnych do ich realizacji. Polskie firmy obawiają się nowej konkurencji.

O inwestycjach infrastrukturalnych jako sposobie na przetrwanie kryzysu w branży budowlanej mówi się od miesięcy. Rzeczywiście, o ile ruch w innych sektorach — jak nieruchomości komercyjne czy mieszkaniowe — zamarł i właściwie nie wiadomo, na jak długo, to przy inwestycjach drogowych firmy budowlane mogą znaleźć właściwie jedyne pewne zajęcie. Tym bardziej, że zbliżają się mistrzostwa Europy w piłce nożnej, z którymi wiążą się niezwykle ambitne plany rozbudowy infrastruktury drogowej.

— Ze sportowego punktu widzenia, na EURO 2012 potrzebujemy czterech stadionów. Tu już karty są rozdane, przetargi rozstrzygnięte i nie ma co oczekiwać przełomu. Natomiast główny sens organizowania tych mistrzostw jest taki, byśmy po ich zakończeniu mieli przyzwoitą sieć dróg. I właśnie na wysyp takich inwestycji, które mogłyby zmienić oblicze rynku, wciąż czekamy — mówi Jarosław Popiołek, prezes Mostostalu Warszawa.

Plany są…

Jak zapewniał w lutym zeszłego roku minister infrastruktury, do czerwca 2012 r. ma powstać 906 km autostrad i 2101 km dróg ekspresowych. Jednak, jak twierdzą specjaliści, worek z przetargami jeszcze się nie rozwiązał. Poziom inwestycji utrzymuje się na stałym poziomie, nawet z pewną tendencją wzrostową, ale nie jest to oczekiwane przez firmy budowlane eldorado.

— Ponad 100 mld zł, które jest do wydania w najbliższych latach na infrastrukturę kraju, to poziom inwestycji, jakich dotąd w historii Polski nie było. Z perspektywy obywatela to znakomita wiadomość. Z punktu widzenia firmy budowlanej jest już nieco inaczej. Deklarowane kwoty nie przekładają się na razie na odpowiednią liczbę kontraktów. Wciąż moce wykonawcze na naszym runku są znacząco większe niż zapotrzebowanie, wiele firm boryka się z problemem braku zleceń, mamy do czynienia z zatorami płatniczymi. W tym kontekście, jeśli w ogóle można mówić o optymizmie, to bardzo umiarkowanym — mówi Roman Wieczorek, prezes Skanska.

Konkurencja też

Choć kontraktów na budowę dróg jest w Polsce mniej niż mogłoby być, to i tak planowane nad Wisłą inwestycje są atrakcyjne dla wykonawców z całej Unii. Liczą oni, że budowanie w Polsce pomoże im przetrwać posuchę na innych rynkach. Pojawienie się niespodziewanych konkurentów jest jednak nie w smak firmom działającym na polskim rynku od lat. Głównie dlatego, że według nich nie wszyscy gracze podlegają tym samym zasadom.

— Napływ nowych firm byłby dla rynku korzystny, gdyby wszyscy konkurowali na takich samych zasadach. A tak nie jest. Polska, jako bodaj jedyny kraj Unii, nie ma systemowych rozwiązań, nakładających na wykonawców wymogi legitymowania się konkretnymi możliwościami wykonawczymi. Tu nie chodzi o zamykanie rynku czy o jego nadmierną regulację, ale o to, aby firmy, które startują w przetargach, rzeczywiście były w stanie podołać zadaniu i wywiązać się z kontraktu — tłumaczy Jarosław Popiołek.

Dodaje też, że firmy już działające na polskim rynku ponoszą koszty zatrudnienia pracowników, płacą podatki i inwestują setki milionów złotych w majątek trwały. Pojawiający się nagle na naszym rynku wykonawcy takich kosztów nie ponoszą.

— Sposób wprowadzenia obcych firm na polski rynek, bez zbadania ich potencjału technicznego, finansowego, czy referencyjnego wpłynie negatywnie na sytuację polskich firm już obecnych na rynku. Wyjątkowo negatywnie oceniam dopuszczenie do przetargów firm z poza UE: z Chin, Indii, Ukrainy. Nie znam przypadku, by Polska firma wykonawcza startowała z powodzeniem poza granicami kraju w przetargach, organizowanych nawet w ramach Unii — mówi Piotr Kledzik, prezes Bilfinger Berger Polska.

Najważniejsza cena

— Zdarza się, że w przetargach startują firmy, które przywożą w teczce ofertę przygotowaną w zupełnie innych warunkach, nie znają polskich realiów i nie zatrudniają w Polsce ani jednego pracownika. Dopiero kiedy taka firma wygra, bo przedstawia zwykle najtańszą ofertę, zaczyna szukać pracowników. A na to przecież potrzeba czasu. Tymczasem wykonawca, który poświęcił lata na budowanie swojego zaplecza, może przystąpić do pracy natychmiast — tłumaczy Jarosław Popiołek.

Piotr Kledzik zauważa, że najniższa cena jest najczęściej jedynym kryterium wyboru oferenta. Przez to często firmy, które chcą zaistnieć na polskim rynku, zaniżają ceny robót, co z kolei powoduje poważne problemy dla firm rodzimych, których potencjał jest dziś wykorzystywany w 50-60 proc. Pół biedy, jeśli taki wykonawca wywiąże się z terminów. Gorzej, jeśli tak się nie stanie, a zamawiający i wykonawca wejdą na ścieżkę sądową. Wtedy sprawa ciągnie się latami, a wszystkie prace trzeba zaczynać od początku.

— To, że wykonawca nie dotrzymuje terminów albo źle oszacował koszty i domaga się zmian w kontrakcie, jest właściwie problemem zamawiającego, który sam takiego wykonawcę wyłonił w przetargu. Ale koszty i tak poniesiemy wszyscy. Najważniejszy jest w takim przypadku stracony czas, którego przed EURO 2012 i tak nie ma zbyt wiele — mówi Jarosław Popiołek.

100

mld zł Taka jest wartość planowanych na najbliższe lata inwestycji infrastrukturalnych.

Agata Hernik