Zarabiaj na melanżach

opublikowano: 02-04-2018, 22:00

Z melanżu, gęstwiny farb i plątaniny faktur, spomiędzy przyklejonych do płótna paproszków dobiega: zdrożało 13 razy w niecałe półtora roku

Gdyby w umęczonej pyłem trawie jakiegoś przydrożnego rowu leżał stargany liść albo byle kamyk — leżąc jednak bardziej samotnie niż pozostałe opadłe liście i żwir — bohater Płatonowa podniósłby go i zachował w ciepłej dłoni. Taka przeraźliwa bezużyteczność nie zasługiwała na niepamięć, a litościwe zbieractwo pozostawało jedyną szansą, żeby ocalić drobiazgi przegrane, żeby umrzeć z nimi razem. Erna Rosenstein przeglądałaby się w tych kartkach rosyjskiego pisarza jak w stosownie wyszczerbionym lusterku, tyle tylko, że jej szkiełka, szmatki i wijące się plamy farby śledzone są teraz znacznie surowszym okiem, bo jeszcze pod koniec 2016 r. ich średnia cena na aukcjach była kilkanaście razy uboższa.

Mimo
że liczenie zwyżek przy uśrednianiu cen różniących się obrazów jest metodą
daleką od ideału, rynek prac Erny Rosenstein robi wrażenie. Praca „Przemiana”
ze względu na mniejsze rozmiary licytowana będzie od 12 tys. zł.
Wyświetl galerię [1/2]

TYSIĄC I JEDEN PROCENT

Mimo że liczenie zwyżek przy uśrednianiu cen różniących się obrazów jest metodą daleką od ideału, rynek prac Erny Rosenstein robi wrażenie. Praca „Przemiana” ze względu na mniejsze rozmiary licytowana będzie od 12 tys. zł. Fot. Polski dom aukcyjny, Wojciech Śladowski.

1200 proc. w półtora roku

Jedno kłębowisko linii licytować będzie można od 10 tys. zł, drugie od 12 tys. zł, a rysunek od 2,5 tys. zł — podaje katalog Polskiego Domu Aukcyjnego Wojciecha Śladowskiego, który 5 kwietnia wystawi prace Erny Rosenstein, jakby w oderwaniu od rekordu zanotowanego tego marca na poziomie 320 tys. zł za „Przygody pawia”. Taką stawkę przybito młotkiem, kiedy na aukcji pojawiło się 120-centymetrowe ledwie zamalowane płótno, przywodzące na myśl wizje surrealisty z podkręconym wąsem — wyśnione na tyle, że nie wiadomo, czy ptasie skrzydła tworzą jeszcze pióra, czy już płomienie. Rozciągający zegary jak lukrową masę Dali też mógłby przedstawić tytułowe przygody pawia w kształtach zarysowujących bardziej taniec ognia albo dno oceanu, jednak w jego przypadku lepiona na dziko rzeczywistość rozciąga się też swoim kolorowym płaszczem na wyniki aukcji, przyzwalając śmiało na milionowe stawki.

Patrząc na względnie niskie progi Erny Rosenstein w kataloguz Krakowa, trudno natomiast powiedzieć, w jakim stopniu dziwacznie gwałtowny cenowy skok przekłada się na stawki wywoławcze poza stolicą — obrazy nie są tak obszerne jak koralowo-błękitne środowisko pawia, ale o ciekawej proweniencji. Przez długie lata wciągały w sieć pozawijanych żyłek i spiralek oczy właścicielki, Jadwigi Maziarskiej, artystki zaprzyjaźnionej z autorką, również obecnej w katalogu. Sama Erna Rosenstein, widząc wykres swoich aukcyjnych wyników, zadarty jak twardy róg od nosorożca, mogłaby powątpiewać, gdzie urwał się surrealistyczny sen, a zaczęła rzeczywistość, bo wiadomo, że była jak ten Woszczew od Płatonowa — ważyła przedmioty jak pamiąteczki, a nie jak trwałe aktywa.

Sztuka nie służy do niczego

Przygarniała skrawki, raz przykleiła do płótna kluczyk, raz wydarty kawałek małej okładki, czasami nic, pozwalając przeplatać się i wić organizmom z farby. Myśląc o inwestowaniu w dzieła, określenie „organicznego kształtu” warto przy okazji zachować, nawet jako ratujący przed krzepnącą ciszą wytrych: zamiast zmyślać naprędce jakąś bujną interpretację w galerii, rzucamy fachowy zwrot, stosowny za każdym razem, kiedy obrazu nie tną ostre kanty geometrycyzmu, tylko zapełniają formy nierozpoznane, ale jakby żywe, miękkie jak wyrzucone na piasek meduzy.

Żeby nabrać wprawy, można się na przykład pozastanawiać, czy w te witki matki ziemi wpisuje się również projekt tkaniny autorstwa Władysława Strzemińskiego, wystawiony na aukcję z progiem 70 tys. zł. W ramach kolorystycznych melanży, oprócz plamistych dzieł Erny Rosenstein i fakturowej pracy Maziarskiej, na krakowskiej aukcji mamy do wyboru m.in. faliście załamujące się wzory, które powstały w Łodzi, w lipcu 1948 r. Wbrew pozorom, wszystkie trzy końcowe informacje mają swoją wagę, kiedy zastanawiamy się nad inwestycyjnym potencjałem — kiedy projekt opuszczał blat biurka, miastom ciążył jeszcze gruby gruz, a spod niego wysączała się wątpliwość, czy po tak nieludzkim dramacie jak zagłada może w ogóle powstać sztuka.

W płynących wzorach na tkaninie Strzemińskiego wprost tego nie widać, ale w estymacji 100-130 tys. zł zawiera się ślad bardzo głęboki — rozpoznawalna w mgnieniu oka kreska, którą artysta zaznaczał bieg wszystkiego, od rozmytych, odchodzących sylwetek po słynne powidoki, czyli rozświetlone resztki widzenia, które pulsują na powiece chwilę po zamknięciu oka.

Utrwalanie takiego w zasadzie niczego, malowanie samego sposobu patrzenia było w czasach minionego systemu równie nieprzydatne co guzik czy szkiełko podniesione przez Ernę Rosenstein albo liść czy kamyk z rowu przy drodze. Kosztowne dzisiaj, faliste plamy Strzemińskiego w epoce pomników i pierwszomajowych plakatów nie były pożyteczne — zaspokajały tłamszone wtedy chciejstwo sztuki dla sztuki, ale nie służyły tak, jak służyć mogły nabrzmiałe nogi robotnic i ciężkie od betonu głowy. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Zarabiaj na melanżach