Zarabiaj na prohibicji

opublikowano: 10-10-2017, 22:00

Ruch na rzecz wstrzemięźliwości zasługuje na gromkie brawa, dlatego inwestor wznosi za niego toast. Burbonem, jak Al Capone.

W epoce niepamiętającej już antysalonowych rygorów jej szklą się oczy na myśl o kolacji w Paryżu, w czasie gdy on zamówiłby nawet KFC, żeby nie wychodzić.

Mówi się, że w Kentucky jest więcej beczek niż ludzi, jednak inwestora najbardziej ze wszystkich interesują te osierocone — porcje burbona, którego destylarnie zamknięto przed prohibicją lub nawet współcześnie.
Zobacz więcej

POPIJ KFC:

Mówi się, że w Kentucky jest więcej beczek niż ludzi, jednak inwestora najbardziej ze wszystkich interesują te osierocone — porcje burbona, którego destylarnie zamknięto przed prohibicją lub nawet współcześnie. [FOT. BLOOMBERG]

Mimo że niewiele na to wskazuje, ich odległe preferencje połączyć mogłaby właśnie inwestycja w burbon, amerykańską whiskey zawdzięczającą nazwę Burbonom władającym Francją w okresie kolonialnym. Hrabstwo o tej samej nazwie leży w stanie Kentucky, który jest tradycyjną ojczyzną whiskey z kukurydzy i kalorycznych dań z panierowanego drobiu. Stolicą hrabstwa jest Paris, chociaż — wbrew nazwie — nie obciąża go żaden obowiązkowy melodramatyzm.

Kentucky kontra Szkocja

Lata, od których burbon w ogóle gości na najważniejszych kolekcjonerskich aukcjach, można policzyć na palcach jednej ręki, co jednak nie oznacza, że wcześniej inwestorzy w ogóle się nim nie interesowali. Zarobku na tym rynku można było upatrywać już od dawna, ale dopiero teraz z cienia wydobywa się potencjał, który przyćmiewa nawet czasem szkocką konkurentkę, czyli single malt. Tak jak w jej przypadku pochodzenie jest właściwie równoznaczne z nazwą na etykiecie, tak burbon wykazuje w tym temacie więcej amerykańskiego luzu i ograniczenia obszaru produkcji nie są tak ścisłe.

Jak podaje podręcznik Charlesa Macleana, przeświadczenie, że burbon musi być destylowany wyłącznie w stanie Kentucky, jest bardzo częstą pomyłką — w rzeczywistości może powstawać gdziekolwiek w Stanach Zjednoczonych, o ile prawo danego obszaru pozwala na taką działalność. W praktyce około 95 proc. tej whiskey opuszcza właśnie swój tradycyjny stan, chociaż warto zaznaczyć, że — jak podaje Wine Searcher — na terenie dzisiejszego hrabstwa Bourbon obecnie tego alkoholu w ogóle się nie produkuje.

Zgodnie z prawem, żeby jakąkolwiek whiskey można było nazywać w ten sposób, oprócz amerykańskiego rodowodu musi być wyprodukowana w co najmniej 51 proc. z kukurydzy i po destylacji nie zawierać więcej niż 80 proc. czystego alkoholu. Są jeszcze inne obostrzenia, chociażby dotyczące samego dojrzewania, które powinno obywać się w świeżych, ale opalonych dębowych beczkach przez minimum 2 lata. Leżakowaniu w kontakcie z tak przygotowanym drewnem burbon zawdzięczać ma swój delikatnie słodkawy, waniliowy aromat — znany od wieków, a przede wszystkim przed amerykańską prohibicją, na której teraz zarobić można zupełnie inaczej niż na rynku szkockiej single malt. W dodatku przy całkowicie innej ekspozycji na ryzyko niż w biznesie, który dumnie prowadził Al Capone.

Zdrowie abstynentów

Przeprowadzony w latach 1919-33 tzw. szlachetny eksperyment miał na celu utrzymać Amerykanów w trzeźwości, kończąc prawdziwie złotą erę dla producentów burbona. Mimo że wiele z destylarni wtedy upadło, w związku z wyjątkowymi możliwościami starzenia się trunku stosunkowo sporo alkoholu jakoś przetrwało i to właśnie na nim inwestorzy starają się zarobić.

Jak podaje Noah May z Christie’s, na rynku bardzo trudno jest znaleźć butelkę szkockiej single malt, która powstałaby w pierwszych latach XX wieku, natomiast w przypadku burbona, rzadkości sprzed prohibicji trafiły nawet na ostatnią internetową aukcję. Galon z whiskey Blue Ribbon z 1901 r. miał szacowaną wartość 6-8 tys. USD (22-29 tys. zł), a taki rok starszy z Belmont Distillery — 5-7 tys. USD (18-26 tys. zł).

Destylarnia Belmont, zanim pogrążyła ją powszechna wstrzemięźliwość, należała do kultowych symboli Louisville — założył ją członek rodziny działającej już w branży i młody syn kapelusznika, orientując się, że przemysł alkoholowy zapewnia w Kentucky zdecydowanie większy popyt niż rynek nakryć głowy. Mimo niekwestionowanej rzadkości sława przedsięwzięć zamkniętych prawie 100 lat temu nie może się zwykle równać z rozgłosem wokół znanych destylarni, działających np. do lat 90. XX w.

W grudniu ubiegłego roku pojedynczą beczkę 24-letniej whiskey Blade and Bow sprzedano za 95,6 tys. USD (349 sty. zł) — co w założeniu odpowiadało 38 standardowym butelkom, z których cztery zostały już skonsumowane. Blade and Bow to owoc pracy destylarni Stitzel-Weller z Louisville, nazywanej nawet „katedrą burbona”, którą zamknięto w rok po jego produkcji, w 1992 r. Jej założycielem był jednak legendarny Julian „Pappy” Van Winkle, a więc postać znana kolekcjonerom znacznieszerzej, szczególnie z tabeli najwyższych średnich cen, którą otwiera burbonem za 54,6 tys. zł.

Pappy ma zawsze rację

Destylarnia Old Rip Van Winkle, której etykieta jest jedną z najbardziej poszukiwanych w obiegu, zawdzięcza ten popyt Julianowi Van Winkle III, prawnukowi wspomnianego „Pappy’ego”, chociaż w zasadzie trudno się upierać przy nazwie destylarnia, bo dziedzic wskrzesił na dobre przede wszystkim samą markę. Burbon o tej nazwie, powstający według starej receptury, opuszcza obecnie Buffalo Trace, gdzie jest produkowany, bo firma nie ma na własność żadnej działającej gorzelni. W niczym nie rzutuje to jednak na ceny, bo słynny 23-letni Pappy Van Winkle’s Family Reserve potrafił zdrożeć już raz z około 350 USD (1,3 tys. zł) do 1,5 tys. USD (5,5 tys. zł) w ciągu miesiąca, utrzymując obecnie średnią cenę 10,4 tys. zł za butelkę, według Wine Searchera.

Kolekcjonerom burbona przypisuje się również cenowy skok 10-letniego Handmade Bourbon tej samej marki, który 5 lat temu kosztował jeszcze przeciętnie 70 USD (255 zł) za butelkę, a teraz wydać trzeba ponad 540 USD (2 tys. zł). Jak pokazują dane, trend rzeczywiście widoczny jest nie tylko na aukcjach najrzadszych pamiątek sprzed prohibicji, ale też w powszechniejszej sprzedaży, która zaskoczyłaby pewnie nawet samego „Pappy’ego” Van Winkle, wzór odporności na dzisiejszą obsesję stopy zwrotu. Powtarzał, że robi po prostu dobry burbon — z zyskiem, jak się da, ze stratą, jak trzeba — co na dzisiejszym rynku kapitałowym byłoby zupełnie nie do odgadnięcia.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Zarabiaj na prohibicji