Uczciwi przedsiębiorcy nie mają w Polsce łatwego życia. Jeśli firma padnie ofiarą oszustów, na szybką i skuteczną pomoc państwa w egzekwowaniu zobowiązań raczej nie ma co liczyć. Dochodzenie sprawiedliwości w sądzie to trudna, kosztowna, ale przede wszystkim bardzo długa droga. Dla wielu firm — śmiertelnie długa.
Jak pokazuje badanie Doing Business Banku Światowego, Polska pod kątem sprawności sądownictwa gospodarczego zajmuje 55. miejsce na świecie i 18. w UE. To spory awans w porównaniu z sytuacją sprzed kilku lat, ale nadal jest dużo do zrobienia. Średnio na sam wyrok w pierwszej instancji czeka się w naszym kraju 685 dni. Czyli jeśli dzisiaj zgłosimy się do sądu, ten przyzna nam rację w lipcu 2016 r. Potem pewnie oszust zaskarży wyrok w drugiej instancji i proces potrwa jeszcze około półtora roku. Dopiero wtedy pracę będzie mógł rozpocząć komornik, a na jej efekty też trzeba poczekać. Będziemy więc mieli szczęście, jeśli należne pieniądze trafią na nasze konto w… 2018 r. Jeżeli dług był duży, po naszej firmie może do tego czasu pozostać jedynie wspomnienie i zakurzona statuetka Gazeli Biznesu.
Kolejki jak za PRL-u
Prawnicy sami przyznają, że nie zawsze wchodzenie na drogę sądową opłaci się poszkodowanemu. — W aglomeracji warszawskiej należy przewidywać około sześciu miesięcy oczekiwania na pierwszą rozprawę. Trudno się dziwić, że zapał przedsiębiorców do dochodzeniaroszczeń na drodze sądowej nie jest wielki, nawet w sprawach, które mają mocne podstawy — mówi Ewa Szurmińska-Jaworska, partner zarządzający PwC Legal.
Opieszałość wymiaru sprawiedliwości dziwi tym bardziej, że w Polsce na 100 tys. mieszkańców przypada 26 zawodowych sędziów — to wskaźnik znacząco wyższy od europejskiej średniej, czyli 18 sędziów. Sama procedura również na tle innych państw europejskich nie wydaje się specjalnie czasochłonna.
— Proces cywilny po zmianach, które weszły w życie w 2012 r., zakłada we wszystkich sprawach (nie tylko gospodarczych — jak przed nowelizacją) tzw. prekluzję dowodową. Oznacza to, że wszystkie dowody muszą zostać powołane w pierwszym piśmie procesowym strony. Wyłącza to możliwość stosowania strategii procesowych wydłużających postępowanie — twierdzi Karol Czubkowski, radca prawny w kancelarii Zięcik, Forysiak i Partnerzy. Zdaniem ekspertów, największych problemów należy jednak szukać gdzie indziej. Po pierwsze, sądy jako instytucje są mało efektywne i nie nadążają z realizacją powierzonych im zadań. Po drugie, sędziowie mają na głowie zbyt dużo biurokratycznych obowiązków. Zamiast wgryzać się w dokumentację procesową i wydawać wyroki, muszą wcielać się w urzędników.
— Działalność sędziów powinna być ograniczona wyłącznie do rozstrzygania sporów. Organizacje prywatne, które chcą poprawić swoją efektywność, zazwyczaj zamawiają stosowny audyt i reformują procedury. Warto wprowadzić te standardy również w sądach — mówi Karol Czubkowski.
Nawał zadań odbija się na efektach pracy sędziów, czyli jakości orzeczeń.
— Zdecydowana większość wyroków sądów pierwszej instancji podlega zaskarżeniu, czyli słuszność tych rozstrzygnięć budzi zastrzeżenia. Nie mam podstaw, żeby odmawiać sędziom chęci i zaangażowania, ale ograniczony czas, jaki mogą oni poświęcić na analizę spraw, przekłada się nierzadko na jakość wydawanych werdyktów — mówi Katarzyna Zańko, radca prawny w kancelarii SSW Spaczyński, Szczepaniak i Wspólnicy.
Sąd z dojazdem
Sposobów na ograniczenie barier jest kilka. Jednym z pomysłów jest „odmiejscowienie” spraw. Najdłużej na wyrok czeka się w dużych miastach. Kolejki można by częściowo rozładować, gdyby bardziej równomiernie rozdzielać sprawy.
— Przykładowo, sąd warszawski, doręczając odpis pisma inicjującego postępowanie, mógłby poinformować strony o przewidywanym terminie rozprawy (przypadającym np. za pół roku), a jednocześnie poprosić o zgodę na przekazanie sprawy do innego, nieodległego sądu, który deklaruje gotowość do wyznaczenia rozprawy za dwa miesiące — proponuje Ewa Szurmińska-Jaworska. Według Przemysława Maciaka, partnera zarządzającego w Kancelarii Sójka & Maciak, dużym usprawnieniem byłoby też wprowadzenie specjalizacji, tzn. wydzielenie sądów odpowiadających za konkretne rodzaje sporów gospodarczych, np. dotyczących własności intelektualnej, nieuczciwej konkurencji itp.
— Ten system działa np. w Niemczech. Skoro pełnomocnicy przedsiębiorstw się specjalizują, to samo powinno dotyczyć sędziów. Prowadzenie skomplikowanej sprawy z dziedziny własności intelektualnej może być dużym problemem dla niewyspecjalizowanego w tej materii sędziego — mówi Przemysław Maciak.
Jak w biznesie
Warto także zastanowić się nad inwestycją w rozbudowę administracyjną urzędów. Już w 2001 r. wprowadzono reformę, która przydzielała każdemu sędziemu asystenta, co pomogło usprawnić prowadzenie spraw. Może więc warto pójść za ciosem i jeszcze rozbudować ten system, aby zaplecze sędziego przypominało niewielką, sprawnie działającą kancelarię prywatną.
— Gdyby każdy sędzia dysponował dwoma, trzema asystentami i stosowną obsługą administracyjną, mógłby skupić się na merytorycznych problemach rozstrzyganych spraw — mówi Ewa Szurmińska-Jaworska.
Efektywność sądów poprawiłoby też wydłużenie godzin ich pracy.
— Kancelarie prawnicze działają do godziny 17-19, tymczasem w sądach już kilka godzin wcześniej robi się pusto — mówi Przemysław Maciak.
Wdrożenie tych zmian ułatwiłoby prowadzenie firm w Polsce, czego odzwierciedleniem byłby awans w rankingu Doing Business, co natomiast poprawiłoby postrzeganie naszego kraju na świecie.
— Większa liczba asystentów, efektywniejsze sekretariaty sądów, bardziej równomierne rozkładanie spraw, a także poprawa pracy komorników — to wszystko sprawiłoby, że Polska mogłaby awansować do pierwszej pięćdziesiątki, a może nawet czterdziestki państw z najlepszymi sądami gospodarczymi na świecie — przekonuje Jarosław Bełdowski ze Szkoły Głównej Handlowej, były dyrektor departamentu strategii i deregulacji Ministerstwa Sprawiedliwości.


