Aleksiej Mamontow, mieszkający w 400-tysięcznym mieście Iwanowo dyrektor w firmie brokerskiej, twierdzi, że zarobił krocie, trafnie przewidując styczniowe załamanie notowań rubla. Od kiedy w kwietniu ubiegłego roku zaczął dorabiać do swojej dyrektorskiej pensji na foreksie, jego zysk miał sięgnąć 700 proc., donosi Bloomberg. Agencja przyznaje jednak, że nie udało się jej zweryfikować twierdzeń inwestora, który zapewnia, że w grze na rynku walutowym kieruje się analizą techniczną.
- Handlowanie rublem jest jak jazda na rodeo. Za większość transakcji odpowiadają spekulanci. Kiedy wielcy gracze wchodzą na rynek, zaczyna się huśtawka. W takiej sytuacji w trzech czy czterech nieudanych transakcjach można stracić cały majątek – opowiada Aleksiej Mamontow, z pochodzenia Ukrainiec, który rozpoczynał grę na foreksie dysponując kwotą będącą równowartością 1000 USD.
W styczniu obrót walutami na giełdzie w Moskwie był o 95 proc. wyższy niż w tym samym miesiącu ubiegłego roku. Do gry na rynku walutowym Rosjan zachęcają spadające realne płace oraz ogromne wahania na rynku krajowej waluty, najbardziej zmiennego środka płatniczego na świecie, jeśli nie liczyć argentyńskiego peso. W ubiegłotygodniowym wywiadzie Siergiej Glazjew, doradca gospodarczy Władymira Putina, oceniał, że od 2014 r. spekulanci zarobili na wahaniach rubla 50 mld USD. Tymczasem śledczy Aleksandr Bastrykin oskarżył niektórych inwestorów o to, że dysponowali dostępem do informacji poufnych. Choć "poważnymi konsekwencjami" inwestorom grającym na osłabienie rubla zagroził sam prezydent Władymir Putin, to jednak nie zniechęca to zwykłych Rosjan do dorabiania w ten sposób do pensji.
- Obecnie ludzie starają się dorobić w jakikolwiek sposób, a handel na foreksie jest jednym z prostszych sposobów - zauważa Oleg Popow, zarządzający firmy inwestycyjnej April Capital.
