Zawód rycerz

Katarzyna Skorska
opublikowano: 2005-08-12 00:00

Kilkaset razy dziennie naciąga kuszę i objaśnia turystom, jak obchodzić się z tego typu bronią. Z tego ma chleb, a dla przyjemności jeździ na turnieje i pokazy rycerskie.

Od kiedy sięga pamięcią, biegał całymi dniami z mieczykiem w dłoni i hełmem na głowie. Pierwszą poważną ranę zaliczył, gdy kolega z bliska strzelił do niego z łuku. Noga poraniona do kości długo się goiła, tym bardziej że kilka dni później, podczas kolejnej podwórkowej potyczki, otrzymał cios w to samo miejsce.

— Ale jak z moim nazwiskiem można się bać uderzeń!? — śmieje się pan Jędrzej Ciosek, gospodarz działającej od maja do połowy października strzelnicy dla kuszników na zamku w Chojniku koło Jeleniej Góry.

Galopująca młodość

Jego największą dziecięcą miłością była Danusia ze słynnego polskiego filmu Aleksandra Forda „Krzyżacy” nakręconego w 1960 r. W filmowej bohaterce, a raczej w odtwórczyni tej roli — aktorce Grażynie Staniszewskiej, kochał się tak bardzo, że poprzysiągł Krzyżakom zemstę za jej zamordowanie. Postanowił zostać rycerzem. Pal diabli, że urodził się w niewłaściwej epoce — o takich rzeczach nie myśli się w wieku sześciu lat.

Hardcorowe dzieciństwo — obfitujące w upadki z konia, zadrapania i bezustanne, bolesne ciosy podczas niezliczonych potyczek — przygotowało zarówno ciało, jak i duszę do niebezpiecznego (i dość niezwykłego u schyłku XX w.) zawodu rycerza.

Mieszkał i wychował się w Starogardzie Gdańskim, gdzie od 1897 r. istnieje bardzo znane Stado Ogierów. Całe dnie spędzał więc na końskim grzbiecie. Wśród jego ulubionych koni był także i ten wierzchowiec, którego w filmie dosiadała Jagienka.

Ale w sercu była wciąż Danusia. Zdobył jakoś fotosy filmowe ukochanej, a nawet jej autograf i wciąż szkolił się w rzemiośle rycerskim. Doskonalił więc jazdę konną i pobierał lekcje fechtunku. A że łuk i kusza od najwcześniejszych lat jawiły mu się jako broń równie skuteczna, co niebezpieczna, toteż przy każdej nadarzającej się okazji ćwiczył strzelanie właśnie z nich.

Nic zatem dziwnego, że do wprawy pewnej po latach takich ćwiczeń dojść musiał. Kto choć raz widział go pędzącego na koniu, z pewnością doceni doskonałego jeźdźca. Lata całe spędził w końskich stadach i stadninach, układając wierzchowce, co wreszcie zaowocowało uczestnictwem w konnych turniejach rycerskich.

Jako młodzieniec już pełnoletni zaczął pobierać nauki specjalistyczne, mające poszerzyć jego wiedzę na temat zwierząt. Ale że do wojaczki, końskiego grzbietu i przygody zawsze bardziej go ciągnęło niż do książek, toteż tytułu magistra zootechniki ostatecznie nie zdobył.

Bractwo Miecza i Kuszy

Roku Pańskiego 1989 na zamku w Golubiu-Dobrzyniu zorganizowany został jeden z pierwszych, w nowej polskiej rzeczywistości, Wielki Międzynarodowy Turniej Rycerski. Ściągnęły nań niezliczone rzesze wojowników. I to nie tylko z kraju, lecz także z całej Europy. Potykali się na miecze, kopie i kusze. W najtrudniejszym Turnieju Konnym Jędrzej Ciosek znalazł się w ścisłej czołówce i tylko przypadek jakiś czy los złośliwy sprawił, że zwycięzcą nie został.

Od tamtej pory jednak jął się jeszcze bardziej w rzemiośle rycerskim wprawiać, w licznych turniejach uczestniczył i dopomagał ze wszystkich sił w organizowaniu i odtwarzaniu po wiekach zaczątków ruchów rycerskich. Wkrótce też postanowił, iż należałoby — zgodnie z polskim prawem — bractwo rycerskie założyć i sądownie je zarejestrować. Wraz z grupą innych zapaleńców doprowadził do tego w roku 1992.

W ten to sposób po dziś dzień działa w przepięknie położonym zamku Chojnik jedno z najstarszych we współczesnej Polsce bractwo rycerskie. Tu też odbywa się rokrocznie elitarny turniej kuszniczy o Złoty Bełt Chojnika. Zawody przebiegają w trzech turach, a strzela się do tarczy, której środek ma średnicę zaledwie czterech centymetrów. Kusznicy stoją w odległości 20 metrów, a o ich umiejętnościach świadczy fakt, że najlepsi potrafią zdobyć nawet 116 punktów na 120 możliwych.

Jeszcze tego lata, w przedostatnią sobotę i niedzielę sierpnia, podziwiać będzie można owo strzelanie z kuszy do tarczy w turniejach Wilhelma Tella i O Złoty Bełt. Będą także pokazy walk rycerskich i dawnego tańca, koncert muzyki dawnej, zdobywanie zamku, przedstawienia teatralne, a wreszcie pokazy poszczególnych bractw. Turnieje na zamku w Chojniku, choć nie mogą równać się sławą z organizowanymi na Golubskim zamku widowiskami historycznymi, są jednak znacznie wyżej cenione przez zawodników i fachowców. Choćby z tej racji, że przypominają prawdziwe turniejowe zmagania. Tymczasem na dziedzińcu zamkowym w Golubiu odbywają się tylko bardzo efektowne pokazy.

Nauka władania bronią

Początki stawania się rycerzem wcale nie były łatwe.

— Pierwsze stroje szyliśmy sami. Dziś mogę o nich jedynie powiedzieć, że były zaledwie mętnym wyobrażeniem tego, jak nosili się średniowieczni rycerze, i stanowiły połączenie Disneylandu z Hollywood — wspomina Jędrzej Ciosek.

Niefunkcjonalne, choć efektowne szaty pękały przy mocniejszym machnięciu ręką, na nogi wkładaliśmy legginsy.

— Dziś sami się z tego śmiejemy! Ale szybko zwiedzieliśmy się, że na przykład wspaniałe ciżmy można kupić w Czechach. U naszych południowych sąsiadów już w latach 90. kwitł ruch rycerski. Okazało się, że tamtejsi płatnerze wykuwają całkiem niezłe miecze i zbroje. Wkrótce zaczęły się też wyjazdy na turnieje do innych europejskich krajów, analiza rycin i fresków, bieganie po muzeach. Dzisiaj nasze stroje są już bardzo zbliżone do tych sprzed wieków. Są też niestety dość kosztowne. Ale pojawili się prawdziwi rzemieślnicy, stroje szyte są z najlepszych materiałów. W zdobyciu odrobiny prawdziwego chińskiego jedwabiu pomógł Hetman Rycerstwa Polskiego, pierwszy fechmistrz, czyli sam Tadeusz Pagiński — trener kadry olimpijskiej, w tym naszej czołowej zawodniczki Sylwii Gruchały. To on niekiedy pokazuje nam, jak walczyć na miecze, florety i rapiery — mówi z dumą Jędrzej Ciosek.

Problemy w pracy

Kusz średniowiecznych Jędrzej Ciosek ma kilka. Z nich właśnie może sobie postrzelać każdy, kto trafi na zamek w Chojniku.

— W 1995 r. założyłem własną działalność gospodarczą — opowiada pan Jędrzej.

W pozwoleniu na prowadzenie działalności wpisane ma: „Nauka władania bronią średniowieczną i pokazy historyczne”.

— Wydzierżawiłem od PTTK Sudety Zachodnie fragment zamku. Tu znajduje się strzelnica. Każdy, kto tutaj przychodzi, musi wysłuchać i zastosować się do kilku najważniejszych uwag: nie wystawiać palców powyżej krawędzi kuszy, celujemy po górnej krawędzi bełta, delikatnie naciskamy dźwignię spustową. Każdemu wyjaśniam trudne słowa, tłumaczę, jak obchodzić się z tego typu bronią. Niestety, wielu turystów zachowuje się tak, jak gdyby mózgi na czas wakacji zostawili w domu. Wolę więc za każdym razem sam naciągać kuszę, bo to jest bardzo delikatny instrument. Cięciwa nie może zaskoczyć poza orzech. Robię to ręcznie. Każde naciągnięcie wymaga siły około 40 kilogramów. W ciągu jednego dnia, przez sześć, siedem, nawet dziesięć godzin wykonuję kilkaset skłonów. Dobrze pamiętam taki dzień, kiedy kuszę zdarzyło mi się naciągnąć ponad osiemset razy — kręci głową mój rozmówca.

Niekiedy trafiają się osoby zainteresowane historią, wtedy Jędrzej Ciosek opowiada im o średniowieczu i ówczesnej broni. Ale trochę narzeka na bezmyślność turystów i bijące od nich przykre zapachy.

Jak żartuje, wiedza na temat dawnych czasów pozwala mu stwierdzić, że ówczesne społeczeństwo musiało się myć znacznie częściej.

Jak pana traktować?

Jędrzej Ciosek do chojnickiego zamku dojeżdża jakieś czterdzieści kilometrów samochodem, ale innych współczesnych wynalazków — telefonu komórkowego czy internetu — nie uznaje. Swoją rycerską pasją zaraził też żonę i syna. Małgorzata dobrze jeździ konno, doskonale włada średniowieczną bronią i świetnie prezentuje się w średniowiecznych strojach. Od lat oboje zapraszani są na turnieje rycerskie do Dinan w Bretanii, kilka razy w roku jeżdżą na pokazy do czeskiego Deczyna, Morawskich Budziejowic. Pan Ciosek wraz ze swoją kuszą pojawia się też na zamkach w Gniewie, Bolkowie, Grodźcu czy Płocku.

— Wyjazdy na turnieje to przyjemność, która — jak większość przyjemności — musi kosztować. Utrzymuję się natomiast z nauki strzelania z kuszy. Jestem także posiadaczem arbalety (rodzaj kuszy, z której strzela się kulami — przyp. red.). Jest to jedyna w Polsce wierna replika tego typu broni. Urzędniczki wciąż mają kłopot z rozliczaniem tej mojej działalności. Poszedłem nawet kiedyś do urzędu skarbowego w pełnej zbroi. Nazwali mnie „nieuleczalny przypadek” — śmieje się.

— Prawdę mówiąc, w ostatnich latach mój rycerski żywot zaczął mi trochę doskwierać. Może spadło w naszym kraju zapotrzebowanie na średniowiecznych rycerzy? — zastanawia się Jędrzej Ciosek.

— Łatwiej jest dziś być muszkieterem. Nawet stroje muszkieterskie mam w tej chwili lepsze niż średniowieczne — dodaje.