Uszoł w odstawku — taka wiadomość o dymisji premiera Kazimierza Marcinkiewicza, podana w rosyjskich telewizyjnych Wiestiach, była w miniony weekend najbardziej trafnym komentarzem spośród setek wypowiedzi polityków, mediów i zwykłych ludzi w kraju i za granicą. Od zaprzysiężenia rządu w poniedziałek 31 października 2005 r. upłynęło do dzisiaj — gdy premier formalnie składa dymisję — dokładnie 36 tygodni, czyli 252 dni. W „PB” z 2 listopada (patrz reprodukcja na str. 3) postawiliśmy pytanie: „Rząd na chwilę?” Już wiemy, jak długo owa chwila trwała.
Jeszcze nie przebrzmiał mundial, zatem do skomentowania rządowego kryzysu bardzo pasuje konwencja piłkarska. Nagłe zdjęcie Kazimierza Marcinkiewicza z boiska przez trenera Jarosława Kaczyńskiego było zaskoczeniem, ale nieporównanie mniejszym niż powierzenie mu 27 września opaski kapitana drużyny! Przecież Marcinkiewicz awansował wtedy z drugiej ligi i kibice postrzegali go co najwyżej jako gracza gospodarczego środka pola. Przyczyn tamtej decyzji prezes PiS nie ukrywa — zaraz po wyborach nie mógł zostać grającym trenerem i ukrył się przed publicznością na kilka tygodni, by zwiększyć szanse brata Lecha w rozgrywce o prezydenturę, co okazało się taktyką skuteczną. Powodem pobocznym był spodziewany transfer graczy z PO, z którymi najlepiej dogadywałby się właśnie kapitan Kazimierz Marcinkiewicz.
Największym błędem zawodnika Marcinkiewicza było zapamiętanie się w grze pod publiczkę. Stał się niekwestionowaną indywidualną gwiazdą, ale zaniedbał obowiązki kapitana. Trenerowi coraz mniej się to podobało, przede wszystkim z czystej ludzkiej zazdrości, ale także z powodów bardziej racjonalnych — od czasu wzmocnienia rządowej drużyny łaknącymi aplauzu kibiców piłkarzami z Samoobrony i LPR jej taktyka zaczęła się rozłazić. Gra wyraźnie się rwała i Jarosław Kaczyński w końcu doszedł do wniosku, że jego polecenia wydawane z ławki trenera nie są słyszane. Nie tylko zdjął kapitana, ale podjął się zadania, przed którym uciekł bezpośrednio po wyborach — został grającym trenerem.
W piątek wieczorem Kazimierz Marcinkiewicz był już spakowany na krótkie zgrupowanie w Chorwacji, gdy nagle się okazało, że trener Kaczyński zatrzymuje go w kraju i że to już koniec — żadnych meczów i zgrupowań w kadrze narodowej. Przyjął ofertę nie do odrzucenia przeniesienia się na boisko warszawskie. Co prawda „Legia mistrz, mistrz, mistrz!”, ale to już tylko ligowa młócka...