Giełda przerywa milczenie, ale zdania nie zmienia. Spółki — niezależnie od kondycji — mogą trafić na „Listę alertów”. Będą się bronić
GPW nie zmieni uchwały, która wrzuca do jednego worka spółki „zdrowe” z bankrutami. Emitenci zamierzają bronić swojego wizerunku.
Ludwik Sobolewski, prezes GPW, nie chciał komentować buntu na swoim podwórku. Chodzi o spółki, które w czerwcu mogą wejść w skład „Listy alertów” tylko przez niewielkie obroty. Według naszych informacji w siedzibie giełdy trwały jednak ożywione dyskusje na ten temat. Znamy ich wynik.
BOŚ razem z Toorą
Na cenzurowanym mogą znaleźć się firmy o zdrowych fundamentach i znanych markach. Chodzi m.in. o CEDC, Żywiec, MOL, Bank Ochrony Środowiska, Impel, Intersport, Gadu-Gadu czy Fotę. Spółki te znalazłyby się na liście na przykład wraz z upadającą Toorą czy spółkami spekulacyjnymi o groszowych akcjach. A to mogłoby popsuć ich wizerunek zarówno w oczach inwestorów, jak również dostawców, banków czy klientów. Niewielu z obserwatorów dociekałoby, z jakiego powodu spółka znalazła się na cenzurowanym. To ryzyko dostrzega również pomysłodawca „Listy alertów”, szef GPW Ludwik Sobolewski.
— Będziemy kłaść nacisk na to, by komunikować powód wpisania firmy na listę. Zapewne główną informacją będzie to, że spółka jest na liście — przyznaje Sobolewski w rozmowie z „PB”.
Prezes GPW się cieszy
Ludwik Sobolewski na razie nie przejmuje się zbytnio głosami niezadowolonych spółek. Jest zadowolony, że zagrożone wpisem na listę firmy nie chcą do tego dopuścić.
— W pewnym sensie właśnie o to chodziło, by nikt nie chciał trafić na tę listę — mówi.
Dodaje, że są środki do tego, by uniknąć takiego wpisu — np. nowa emisja, sprzedaż części akcji przez znaczących akcjonariuszy, split czy umowa z animatorem).
— O tym w głównej mierze będę chciał rozmawiać z zagrożonymi spółkami. Na razie obserwuję, że lista wywołuje bardzo pozytywne zmiany, jeszcze zanim w ogóle zaczęła obowiązywać — uważa prezes GPW.
Po naszych publikacjach giełda ujawnia, że w drugiej połowie kwietnia poinformuje spółki, które znalazłyby się wtedy na „Liście alertów” ze względu na niską płynność, o zagrożeniu wpisem.
— Nie chcemy, by ktoś był zaskoczony — komentuje Ludwik Sobolewski.
Przekonuje, że jest świadomy, iż w przypadku niektórych spółek zwiększenie płynności może być trudnym zadaniem.
— Jednak mała płynność nawet wtedy, gdy sytuacja firmy jest stabilna, nie jest zbyt dobrym zjawiskiem z inwestycyjnego punktu widzenia. Mechanizm wyceny rynkowej działa dobrze jedynie przy odpowiedniej płynności. Powiedziałbym nawet, że miarodajna wycena oraz płynny i głęboki obrót są tym samym — podkreśla szef giełdy.
Zmiany są możliwe
Kierownictwo GPW nie przewiduje na razie zmian w treści uchwały o powstaniu „Listy alertów”. Powód? Nie zmieniła się strategia GPW, polegająca na budowie silnego rynku pod względem reputacji, bez przypadkowych wycen i silnych wahań kursów. Sobolewski zapewnia, że GPW będzie obserwowała sytuację i prowadziła symulacje co do kształtu i rozmiaru listy z uwagi na kwestię płynności.
Dla zagrożonych spółek pojawiła się iskierka nadziei. Prezes GPW zapytany o możliwość zmiany kontrowersyjnej uchwały, nie wykluczył racjonalnych i potrzebnych rozwiązań.
— Nie chcemy epatować listą, straszyć nią czy dokuczać komukolwiek. Chcemy wywołać pozytywne zmiany w spółkach notowanych na GPW. Dlatego zastosujemy minimalistyczne środki prezentacji, że dana spółka jest na „Liście alertów” — zapewnia Ludwik Sobolewski.
Spółki mówią „nie”
Tymczasem kilka spółek domaga się od Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych interwencji w sprawie uchwały o „Liście alertów”. Stowarzyszenie nie zajęło jeszcze stanowiska.
— Będzie to możliwe dopiero po konsultacjach z naszymi członkami — mówi Beata Stelmach, prezes SEG.
W najbliższych dniach SEG wyśle do swoich członków ankietę, która ma dać Stowarzyszeniu szerokie spektrum postulatów i argumentów dotyczących spornej uchwały.
— Chcemy, by jedna lista nie obejmowała różnych grup spółek. Jednak czy będziemy dążyć do wycofania uchwały, czy tylko do jej zmodyfikowania, jeszcze nie wiemy — konkluduje Beata Stelmach.
GPW ma zbyt dużą władzę
Marek Garliński
prezes Prochemu, przewodniczący komisji rewizyjnej Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych
Nie jest w porządku, że różne spółki trafią na „Listę alertów”. Jeszcze gorzej, że GPW ma dużo dowolności w wykonywaniu uchwały. Może wciągnąć spółkę na listę, może przenieść ją z notowań ciągłych na fixingi czy oznaczyć firmę w serwisach informacyjnych. A jak urzędnik może, to mogą rodzić się patologiczne mechanizmy. Dlaczego przyjęto takie, a nie inne kryterium niskiej płynności? Nie ma przecież uzasadnienia. Metoda wykluczenia jest dla mnie zupełnym nieporozumieniem. Osiem lat temu poprzedni zarząd GPW przeniósł Pro-chem na fixingi, kierując się kapitalizacją. Obroty spadły o 95 proc. Po kilku latach nagle GPW przywróciła nas do notowań ciągłych. GPW nie jest od tego, aby oznaczać jedne spółki na czerwono, drugie na zielono, a na jedną listę wpisywać BOŚ czy Żywca ze spółkami upadającymi.
Czujemy się skrzywdzeni
Iwona Książek
kierownik działu informacji w Intersporcie
Realizujemy prognozy, mamy bardzo dobre wyniki finansowe. Poza tym w końcu przyszłego roku zamierzamy stać się krajowym liderem wśród sieci sklepów sportowych. Pomimo to jesteśmy zagrożeni wpisaniem na „Listę alertów” ze względu na niską płynność akcji. Jest ona spowodowana małym free floatem, ale nie odczuwamy, żeby było to czymś negatywnym. W 2006 r. przeprowadziliśmy małą emisję, bo nie potrzebowaliśmy większej. Dalszy rozwój potrafimy finansować z własnych pieniędzy, więc nie widzieliśmy potrzeby sięgania do kieszeni akcjonariuszy. Czujemy się pokrzywdzeni tym, że GPW zamierza wrzucić nas do tego samego worka co firmy spekulacyjne i z poważnymi problemami finansowymi. Głęboko wierzę, że w najbliższych tygodniach wypracujemy z GPW takie rozwiązanie, że do tego nie dojdzie.
Nie będzie zaskoczenia
Mirosław Kachniewski
dyrektor biura Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych, członek Rady Giełdy
Zaniepokoiłem się niską płynnością jako kryterium wpisania na „Listę alertów”. Jednakowo traktuje się stan upadłości czy kilkudziesięcioprocentowe zmiany kursu podczas jednej sesji. Dlatego poruszyłem tę kwestię na Radzie Giełdy. Otrzymałem zapewnienie od zarządu GPW, że spółki zagrożone będą powiadomione o tym pod koniec przyszłego miesiąca. To cieszy, bo element zaskoczenia mógłby na przykład przeszkodzić w korzystnym dla spółki uplasowaniu nowej emisji. Należy zastanowić się, w jakim zakresie należy zmienić uchwałę zarządu GPW o „Liście alertów”. Najważniejsze wydaje się uzyskanie od GPW zapewnienia, że rozwiązania dotyczące całego rynku kapitałowego będą przed uchwaleniem konsultowane z rynkiem w zakresie ich celowości i sensowności.
Adrian Boczkowski