ANDRZEJ MALINOWSKI
prezydent Pracodawców RP
Przez ubiegły tydzień miliony Polaków, gorączkowo ściskając piloty do telewizorów i przerzucając się z kanału na kanał, śledziły kolejną odsłonę politycznej opery mydlanej pt. Trudy życia koalicji. Był to wyjątkowy odcinek. Oto wicepremier powiedział „NIE” sztandarowej reformie premiera. Ten zaś postanowił być nieugięty. Stanęli naprzeciw siebie niczym Rejent Milczek z Cześnikiem Raptusiewiczem, a mur między nimi wyrósł większy niż Pałac Kultury.
Matki, zamiast karmić wieczorami dzieci, słuchały z coraz większym przerażeniem, że „znów nie będzie wspólnej konferencji prasowej”. Ojcowie, wpatrzeni nie w mecze piłkarskie, lecz w tzw. paski kanałów informacyjnych, odstawiali wieczorne piwo i blednąc, czytali: „Dotychczas koalicjanci nie porozumieli się”. W panikę zaczęły popadać światowe rynki finansowe. Najwięksi inwestorzy, jak Warren Buffett i Jim Rogers, co kilka godzin nerwowo pytali drżącym głosem swoich doradców: „Dogadali się?”. A tu nic. I tak przez kilka długich dni i nocy…
Światełko nadziei zabłysło w środę. Żurnaliści z wypiekami na twarzach relacjonowali sprzed siedziby URM, że tego dnia wicepremier z premierem spotkali się dwa razy (wierzę, że odpowiednie instytucje zgłosiły już ten rekord do Księgi Guinnessa). W czwartek nieśmiałe początkowo doniesienia zamieniły się w triumfalny pean. Jest kompromis! Poinformowano cały świat o tym, że: „Waldemar Pawlak miał zgodzić się na podwyższenie wieku emerytalnego Polaków do 67. roku życia, a Donald Tusk — na częściowe emerytury”. Zapowiedziano wspólną konferencję prasową. W polskich domach zapanowała radość. Rynki finansowe odetchnęły z ulgą. Krowy znów zaczęły dawać mleko. Na oczach milionów widzów wicepremier z premierem, niczym bohaterowie Zemsty w jej finale, padli sobie w objęcia i zakrzyknęli: „Z nami zgoda!”. Niejednemu obecnemu i przyszłemu emerytowi łza w oku się zakręciła — tak bardzo pragnęli dołączyć do tego znów zgodnego tandemu. Tym bardziej że wicepremier oświadczył, iż: „Najważniejsze to pozostawić Polakom możliwość wyboru, by w razie potrzeby, gdy zabraknie sił do pracy, mogli skorzystać z parasola ochronnego”, premier zaś zadeklarował, że: „Bardzo serio potraktowaliśmy kwestię konsultacji społecznych”.
W tej powszechnej euforii niemal bez echa przeszła informacja, że rośnie liczba upadłości firm. Na dodatek trzykrotnie szybciej niż w roku ubiegłym. Padają przedsiębiorstwa budowlane, produkcyjne i dystrybucyjne. Nie jest dobrze, a może być jeszcze gorzej. W spektaklu pt. Reforma emerytalna zapomniano o fakcie — a może specjalnie go przemilczano — że gwarantem jej powodzenia jest zapewnienie ludziom pracy do 67. roku życia, nie zaś potok słów i pustych obietnic. Konieczne są zmiany ułatwiające życie pracodawcom. Jeśli nie będzie się im opłacało zatrudniać ludzi dziś i jutro, to tym bardziej nie będą tego robili za lat kilkanaście. Chyba że wszyscy chcący pracować Polacy znajdą zatrudnienie w ministerstwach, rządowych agencjach i urzędach. Tylko kto będzie pracował na ich utrzymanie?