Reagując na alarm podniesiony przez Platformę Obywatelską, eksperci Państwowej Komisji Wyborczej ocenili, że najnowsza akcja billboardowa Prawa i Sprawiedliwości nie nosi cech kampanii wyborczej, a w związku z tym nie narusza samorządowej ordynacji. No jasne, że nie mogli uznać inaczej, skoro kampanią w ścisłym rozumieniu jest agitacja na rzecz konkretnych list kandydatów — a według stanu na dzisiaj nie tylko nie istnieją żadne listy, ale nie jest nawet znany finalny kształt ordynacji wyborczej. Notabene ekspertyza PKW dotyczy także reklam PiS w telewizji. W sumie wychodzi na to, że każda partia dysponująca pieniędzmi (z budżetu państwa) może sobie w dowolnym czasie organizować nieograniczoną propagandę sukcesu i deklarować, że chce być bliżej ludzi.
Politycy PiS nawet nie usiłują ukrywać związku medialnej ofensywy z nadchodzącymi wyborami samorządowymi. Temu samemu celowi służy tworzenie tzw. punktów obsługi wyborcy (czyli politycznego klienta) w każdym powiecie, a najlepiej w każdej gminie. Wdrażającemu swoją ideę Wielkiej Partii prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu podpowiadamy, że najbardziej efektywne okazałoby się zbudowanie sprawdzonej w przeszłości sieci... podstawowych organizacji partyjnych. Ponieważ czynności podejmowane na wiele miesięcy przed wyborami okazują się prawnie dozwolone, można zgłaszać wobec nich uwagi krytyczne jedynie w kategoriach moralnych. A to z kolei nie ma sensu, jako że w polityce z założenia nie istnieje pojęcie moralności — choćby nawet partia wpisała sobie na sztandary najbardziej szczytne hasła.
Ale doceńmy, że w politycznych obyczajach i tak nastąpił pewien postęp, albowiem jeszcze rok temu relatywizm moralny był zarazem prawnym. Pamiętamy, jak to prezydent stolicy Lech Kaczyński już od wiosny zapowiadał nam w spotach telewizyjnych chęć objęcia stanowiska prezydenta RP. Tamten falstart kampanii był oczywisty, chociaż PiS próbowało odbijać piłeczkę — że zamiar zostania głową państwa może ogłaszać publicznie każdy obywatel w każdym czasie, ponieważ rygory ordynacji obowiązują go dopiero, gdy zaczyna wykonywać konkretne czynności, na przykład zbierając podpisy wyborców.
Skoro kampania samorządowa formalnie jeszcze się nie zaczęła, a już wywołuje takie napięcia — to aż strach pomyśleć, jaki będzie jej finał. Zwłaszcza gdy premier Jarosław Kaczyński podtrzyma pomysł Kazimierza Marcinkiewicza i wsadzi cały kraj na prawną minę, zarządzając wybory na 12 listopada. Ta niedziela zasadniczo różni się od, powiedzmy, 5 listopada czy 19 listopada, ponieważ poprzedza ją absolutnie wyjątkowa sobota — Narodowe Święto Niepodległości. 24 godziny przed głosowaniem obowiązuje cisza wyborcza, tymczasem wyczyszczenie uroczystości odbywających się 11 listopada w całym kraju z akcentów wyborczych jest po prostu niemożliwe. Zwłaszcza że na nową kadencję wystartuje większość obecnych prezydentów miast, burmistrzów i wójtów, którzy mają obyczaj akurat w dniu największego święta państwowego przemawiać do licznie zebranych mieszkańców.
Wobec grożącej z tego tytułu lawiny sądowych protestów innych kandydatów (w tym również wystawionych przez PiS!), te spowodowane przedwczesną — chociaż prawnie dopuszczalną — kampanią najbogatszej partii wydają się kaszką z mleczkiem.