Zgrane trio w podwójnej koronie

O tym, czy żałują inwestycji w warszawski klub, co chcą osiągnąć oraz o wyzwaniach związanych z zarządzaniem — mówią Maciej Wandzel, Dariusz Mioduski i Bogusław Leśnodorski, właściciele Legii Warszawa.

Środa, trzy dni od zwycięstwa z Pogonią, które dało upragniony tytuł Mistrza Polski na 100-lecie klubu. Na twarzach Dariusza Mioduskiego, Macieja Wandzla i Bogusława Leśnodorskiego, właścicieli Legii Warszawa, zamiast szerokiego uśmiechu i radości, widać zmęczenie. Aż takie huczne świętowanie?

Zgrane trio:
Wyświetl galerię [1/3]

Zgrane trio:

Bogusław z Warszawy, Maciej z Poznania, Dariusz z Bydgoszczy. Łączy ich przyjaźń i Legia Warszawa Marek Wiśniewski

— Presja, którą sami na siebie nałożyliśmy i którą inni na nas nałożyli, sprawiła, że po zwycięstwie poczułem ulgę, że udało się osiągnąć założony cel. Czas na radość jeszcze przyjdzie, chociaż… może nie zdąży — już pod koniec fety mistrzowskiej kibice śpiewali „mistrza już mamy, na Ligę Mistrzów czekamy”, co świadczy o kolejnej presji — mówi Dariusz Mioduski.

— Proporcje w tym biznesie są nietypowe — czystej satysfakcji jest może jedna czwarta, większość to kryzysy, obawy, potknięcia, dlatego w takich momentach trzeba się bardzo cieszyć — mówi Maciej Wandzel.

Pasja, miłość, misja

Do piłki przyszli z biznesu. W styczniu 2014 r. Bogusław Leśnodorski, współwłaściciel kancelarii prawniczej, i Dariusz Mioduski, przez lata prezes Kulczyk Investmensts, a wcześniej partner w międzynarodowych kancelariach, odkupili Legię od holdingu ITI. Osiem miesięcy później do spółki wszedł Maciej Wandzel, inwestor, który w portfelu ma m.in. Soho Factory, projekty nieruchomościowy czy odzieżowy Próchnik. Biznesowe wygi Legia mocno przeczołgała.

— Każdy z nas robił wiele bardzo trudnych projektów biznesowych, ale ten jest najtrudniejszy ze wszystkich. W każdym projekcie można coś zaplanować, postawić sobie cel, wyznaczyć drogę, zadania i jeśli uda się plan zrealizować, prawdopodobieństwo sukcesu jest wysokie. Tu natomiast bardzo dużo zależy od czynników zewnętrznych: presji, kontuzji czy przypadków losowych — mówi Dariusz Mioduski.

Tak było w tym sezonie — właściciele wydali zimą sporo na transfery, w trakcie sezonu wymienili trenera, a mimo to — choć budżet mają znacząco większy od rywali — do ostatniego meczu drżeli o zdobycie przez Legię tytułu.

— Trudne do zaakceptowania jest to, że w końcu sezonu już nic nie było zależne od nas, nic nie mogliśmy zrobić. Taki to biznes. Weźmy mecz ze Spartakiem w Moskwie — Janusz Gol strzela głową, piłka przelatuje po opuszkach palców bramkarza i gol. A to oznaczało przychód większy o 25 mln zł — dodaje Maciej Wandzel.

W takich momentach pozostaje wyłącznie zaufanie do trenera i drużyny. No i zachowanie spokoju. Dla ludzi decyzyjnych i aktywnych biznesowo to nie są łatwe momenty.

Wielu kolegów biznesmenów pukało się w czoło na wieść o planach biznesowego trio. Wcześniej na piłce sparzyło się przecież wielu bogatszych: choćby Józef Wojciechowski, właściciel JW Construction, czy Krzysztof Klicki, właściciel Kolportera. Po co im to było?

— To realizacja pasji, każdy z nas to kocha, ale także misji społecznej. Nie ma w nas kalkulacji czysto biznesowej — twierdzi Dariusz Mioduski.

— Na pewno nie dla kasy, bo na piłce raczej nie da się zarobić — dodaje Bogusław Leśnodorski.

— Oczywiście walczymy o wzrost wartości klubu to jest możliwe i jest to naszym celem, ale model typowo dywidendowy nigdzie nie istnieje — uzupełnia Maciej Wandzel.

(...)

była niska, kary za ekscesy wysokie, a sponsorzy nie palili się do współpracy. Choć incydenty wciąż się zdarzają i jest bardzo wiele do zrobienia, to pod każdym względem jest lepiej.

— Wiarygodny dialog z kibicami dał efekty. Bardzo wiele osób zaczęło przedkładać interes klubu ponad emocje czy partykularne interesy. Mamy bardzo podzielone społeczeństwo i stadion to odzwierciedla. Udało się przekonać ludzi, że jesteśmy jednością i że nie można robić rzeczy, które szkodzą klubowi. Płaciliśmy dużą cenę, długo to trwało, ale się chyba udało — mówi Bogusław Leśnodorski.

— Byliśmy też w sytuacji, gdy mieliśmy bardzo chłodne stosunki z miastem. Udało się zburzyć nieufność, dziś jest zrozumienie i dialog. Klub i Warszawa to jedność. Powinniśmy się wzajemnie wspierać i sobie pomagać, bo to daje spory lewar marketingowy — mówi Maciej Wandzel.

To zaraz przełożyło się na wyższe przychody z biletów i pozyskanie sponsorów, którzy rocznie wpłacają do kasy klubu już 25 mln zł, a powiększanie budżetu to jedyna metoda na rozwój klubu. W ubiegłym sezonie przekroczyliśmy 117 mln zł.

— Trener Czerczesow powiedział, że jak dołożę 20 mln EUR na transfery, to awansujemy do Ligi Mistrzów, a jak 50 mln EUR, to gwarantuje głową — mówi z uśmiechem Bogusław Leśnodorski. O takich pieniądzach Legia nie śmie nawet marzyć.

— Nie mamy innej drogi niż fundamentalny i przemyślany rozwój, bo nie mamy nagle 100 mln EUR do wydania od inwestora z Chin czy Bliskiego Wschodu. Główne kierunki rozwoju to przemyślana selekcja i skuteczny scouting co pozwala na czerpanie dochodów z transferów no i oczywiście akademia, która będzie wychowywać młodych zawodników — uważa Dariusz Mioduski.

— Dlatego musimy być innowacyjni — robić to samo, co inni, tylko taniej, lepiej i szybciej — mówi Maciej Wandzel.

Bolesna wpadka

Gdy pada pytanie o najlepszy ich moment w Legii, mają różne pomysły, ale ostatecznie odpowiadają „przed nami”. Z wytypowaniem najgorszego — nie mają problemu.

— Gdy w samolocie z Edynburga dowiedzieliśmy się, że zostaniemy zdyskwalifikowani i marzenie o awansie się nie spełni. Potem była gorzka a zarazem bardzo głęboka satysfakcja z tego, jak całe środowisko zareagowało, zintegrowało się wokół klubu. Poczuliśmy tak mocne wsparcie, że dało energię na lata — mówi Maciej Wandzel.

— Ten moment był najgorszy, ale i najlepszy. Klub się zjednoczył, uruchomiliśmy procesy zmiany wewnątrz klubu i na zewnątrz, by się sprofesjonalizować — dodaje Dariusz Mioduski.

Finansowa przepaść

Jak daleko brakuje Legii do zachodniej Europy? Pod względem organizacji i zarządzania klubem już nic. Sportowo — wciąż sporo, co właściciele tłumaczą pieniędzmi, a konkretnie ich brakiem.

— Przychody klubów Ekstraklasy z praw telewizyjnych to 35 mln EUR za sezon, podczas gdy kluby niemieckie czy francuskie dostają 700-800 mln EUR. Wynika to ze stanu rynku płatnej telewizji w Polsce. Do tego dochodzi chora ustawa hazardowa, która sprawia, że 90 proc. rynku bukmacherskiego działa w szarej strefie. Gdyby to się zmieniło, do polskich klubów trafiałoby kilka razy więcej pieniędzy — wylicza Maciej Wandzel. Również polski biznes nie angażuje się w piłkę na takim poziomie, jak na Zachodzie.

— W Niemczech znaczący wkład sponsorski i właścicielski mają największe niemieckie firmy. I wszystkie czerpią z tego zyski — mówi Dariusz Mioduski.

— Duże firmy państwowe inwestowały dotychczas chętniej w inne sporty. Wynikało to z uprzedzeń do piłki nożnej związanych z tym, co działo się na stadionach przed laty. Teraz mamy nowoczesne i bezpieczne obiekty, coraz większe zainteresowanie kibiców, coraz lepszy produkt. Bezdyskusyjnie piłka nożna ma największy potencjał dla sponsorów. Dostrzegamy światełko w tunelu — rozmowy z największymi firmami prywatnymi i państwowymi przebiegają inaczej niż dwa-trzy lata temu. Przyczynia się też do tego fala entuzjazmu wokół reprezentacji narodowej — twierdzi Maciej Wandzel.

— Trzeba pamiętać, że teraz jest tanio, za kilka lat wejście w sponsoring piłki będzie dużo droższe — dodaje Dariusz Mioduski, i od razu widać, że biznesowy zmysł nie osłabł.

Czy gdyby wiedzieli, jak będzie trudno, zainwestowaliby w Legię ponownie? Maciej Wandzel milczy przez dłuższą chwilę, by w końcu wydusić z siebie: „co to za pytanie, nie umiem odpowiedzieć”. A wspólnicy?

— Tak, zdecydowanie. Wierzę w te ideały, którymi kierowałem się trzy lata temu. Choć wiele rzeczy zrobiłbym inaczej — byłbym twardszy w działaniach i szybszy w decyzjach — mówi Dariusz Mioduski.

— Szczerze mówiąc — nie. Tyle razy byliśmy na granicy, począwszy od kryzysów kibicowskich po dyskwalifikację po meczu z Celtikiem, że gdybym wiedział, że będzie tak ciężko, to bym się nie zdecydował. Dziś oczywiście jestem szczęśliwy — mówi Bogusław Leśnodorski. Jedna cena jaką płacą za zaangażowanie w klub jest dużo wyższa przewidywali — poziom stresu, brak czasu dla rodziny, nie mówiąc o firmach, którymi przecież wciąż zarządzają. A gdyby zgłosił się ktoś, kto chciałby odkupić ich ukochaną Legię? Właściciele patrzą po sobie i kręcą głową — taka oferta jest nieprawdopodobna, więc się nie zastanawiają. Ale gdyby jednak…

— Już przypisywano nas do oligarchów wschodnich i szejków, było to nawet zabawne. Nikt nie chce sprzedawać, nie ma mowy, ale gdy za kilka lat stworzymy większą jakość, to może się okazać, że przyjdzie ktoś, kto będzie chciał zostać naszym partnerem i zainwestować w klub — mówi Maciej Wandzel.

Milowy skok

Rozmowa wyraźnie się ożywia, gdy pada pytanie o awans do Ligii Mistrzów. To wymarzony przez właścicieli sposób uczczenia 100-lecia i jednocześnie skok zbliżający do celu, jaki sobie postawili.

— W ciągu trzech-czterech lat chcemy podwoić przychody — mówi Maciej Wandzel.

— Nie ma żadnego powodu, dla którego klub z Polski nie może znaleźć się wśród 30 czołowych w Europie. To jest nasz realistyczny cel — chcemy zbudować klub, który będzie wizytówką Warszawy i Polski w Europie — mówi Dariusz Mioduski. Jak mierzą sukces — wynikiem na boisku czy stanem klubowego konta? — Na razie to skalą kosztów — ironizuje Leśnodorski.

— Stres wynikający z kosztów związanych z budową ośrodka treningowego, nowymi sekcjami czy rozwojem sklepu sprawia, że wciąż gonimy. Ile byśmy nie zarobili, to jest za mało na zrealizowanie pomysłów — mówi Bogusław Leśnodorski.

Czego zatem życzyć z okazji 100-lecia Legii?

— Szczęścia. To komponent niezarządzany i nie do kupienia, a w piłce niezbędny — mówi Maciej Wandzel. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: GRZEGORZ NAWACKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu