Ziarna kaszy w jednym worku

Jacek Konikowski
27-03-2009, 00:00

Starej apteki czar: regały nadgryzione przez czas, ceramiczne fiolki i słoje… Owszem, zanurzyć się w tradycji, ale myśleć nowocześnie: Jacek Szwajcowski wie, jak sprzedawać leki. Wie też, jak zbudować pompę od stara i jaki kształt nadać baterii łazienkowej.

liniusz Starszy, pisząc o apothecach, miał na myśli składy z winem. W Kodeksie Justyniana były to już magazyny zboża lub książek. W XIII stuleciu anonimowy polski kronikarz opisywał zaś apotheki jako kramy handlowe. Tak, pierwsze apteki były skromnymi budami na rynkach, a kramarze nie mieli ni krzty świadomości, że kiedyś ludzie nazwą ich aptekarzami...

Równie zawiła — i wcale nieoczywista — jest historia Jacka Szwajcowskiego. Gdyby zapytać przed laty studenta wydziału mechanicznego, co będzie robił za kilkadziesiąt lat, pewnie by odparł, że bliżej mu do maluchów i starów niż do tabletek i pigułek. Bo pierwsze znał od kuchni, drugie — z widzenia. Wtedy walczył z materią o wiele twardszą niż witaminy.

Ręce w smarze

— Ile młodzieńczego entuzjazmu włożyłem w produkcję wałka atakującego do tylnego mostu w starze — tak Szwajcowski wspomina pierwsze praktyki w Fabryce Samochodów Ciężarowych w Starachowicach czy bielskiej FSM.

— W zależności od tego, jak mi się go udało wykonać, wrzucałem każdy wałek do jednej z czterech skrzynek. Pierwsza — najwyższa jakość, eksport do Chin. Druga — jakość trochę niższa, dla wojska. Trzecia — krajowa produkcja i czwarta skrzynka — jakość najniższa, czyli części zamienne — tłumaczy.

Pieniądze? Niewielkie. Ale jakby mierzyć kuflami piwa, Szwajcowski wypijałby ich najwięcej. Pierwsza poważna praca? Po studiach, staż w państwowym zakładzie produkcji sprzętu przeciwpożarowego. Długo w nim nie wytrwał, choć zdążył namieszać. I to zdrowo!

— Było nas dwóch, świeżo upieczonych absolwentów Politechniki Łódzkiej. Pracowaliśmy w dziale innowacyjnym. Skonstruowaliśmy reduktor, który wkręcał zawory do butli gazowych. Wcześniej trzeba było siły fizycznej, więc robiło to dwóch facetów, chodzących niby w kieracie: jeden pchał, drugi popychał. Jak w XVIII wieku! Dyrektor żartował potem, że w ciągu trzech miesięcy udało się nam wyprowadzić zakład o stulecie do przodu — mówi z uśmiechem Jacek Szwajcowski.

Ale młodość i ambicję pokonała rutyna. I strach przed zmianami. Gdy dwaj absolwenci zaproponowali zmianę designu produkowanych od lat baterii łazienkowych, napotkali opór.

— Postanowiliśmy zrobić to samodzielnie. Założyliśmy warsztat. A czasy były takie, że już można było chcieć, ale niekoniecznie móc, bo wszystko trzeba było załatwiać. Mimo wszystko produkcja kranów ruszyła — opowiada Szwajcowski.

Po raz pierwszy zetknął się z dystrybucją, a raczej jej brakiem, bo państwowa padła, a prywatna — raczkowała. Było jak produkować, nie było jak sprzedawać. Wybawieniem okazał się obcokrajowiec. I zabawki.

— Pierwszy wielki sukces — duński producent zlecił nam produkcję baby-bouncer: dziecięcych huśtawek. Byliśmy czymś na wzór chińskiej siły roboczej — żartuje dziś Szwajcowski.

Kolejna nauka. Nasz bohater liznął handlu zagranicznego i logistyki.

— Wszystko robiliśmy sami: produkowaliśmy, pakowaliśmy na samochód, woziliśmy towar do Danii, cliliśmy go po drodze — dodaje.

Ten zakład działa do dzisiaj, choć przygoda naszego bohatera z zabawkami trwała raptem rok. Pewnie trwałaby dłużej, gdyby nie obiad u teściowej.

Miasto aptekarzy

Pierwsza apteka w Polsce powstała prawdopodobnie w Świdnicy w XVI wieku. Najstarsza wciąż działająca znajduje się w Zamościu (należy do PGF). W 1616 roku doktor medycyny Szymon Piechowicz, kształcony w Padwie i Bolonii na koszt kanclerza Zamoyskiego, wybudował przy Rynku Wielkim kamienicę i otworzył w niej aptekę.

Za miasto aptekarzy do niedawna uchodziła Łódź, mimo że pierwsza apteka powstała tu dopiero w XIX w. Od tego czasu założono tu najwięcej aptek w Polsce. Jedną z nich prowadziła teściowa Szwajcowskiego. Zresztą — za jego namową. To były początki prywatyzacji aptek. Jacek miał wtedy 25 lat i był jedynym w rodzinie biznesmenem. Wtedy przez małe "b". Podczas jednego z obiadów namówił teściową, by przejęła aptekę od łódzkiego Cefarmu. Stało się…

— Początkowo pomagałem tylko zaopatrywać jedną aptekę. Wkrótce przekonałem się, że z tym olbrzymi kłopot, bo właściwie jedynie Cefarmy konkurowały między sobą — mówi Szwajcowski.

Po kilku tygodniach założył wraz z przyjacielem hurtownię leków Medicines, śmiało wchodząc w lukę między państwowymi gigantami. Odbiorców przybywało. Był rok 1994.

— Dzień zaczynał się o 4. rano. Jechaliśmy po zamówione wcześniej leki. Do Krakowa, Warszawy, Bydgoszczy. Fiat załadowany po dach. Powrót do Łodzi, rozwożenie po aptekach, kasowana zapłata. Wieczorem, po dzienniku, dzwonili aptekarze z zamówieniami. O północy do łóżka, by złapać trochę snu, bo o trzeciej dzwonił budzik i znowu po leki — wspomina Szwajcowski. Dla jednego kierat, dla Szwajcowskiego:

— Szkoła. Zanim zatrudniliśmy pierwszych pracowników i otworzyliśmy magazyn, wszystko robiliśmy sami. Ktoś powie: młyn, ale ile on nam dawał satysfakcji! Ta atmosfera współpracy z aptekarzami, tak samo zaangażowanymi w pracę jak my. Wiedzieliśmy, że coś razem tworzymy — twierdzi Szwajcowski.

Po czterech miesiącach Medicines zaopatrywał już 40 aptek. Dwa lata później — 200. Po trzech latach Szwajcowski podjął trzecią z najważniejszych decyzji.

Zbieranie ziaren

Niegdyś leki wytwarzali kramarze, cyrulicy, znachorzy, a nawet pokątni szarlatani, olejkarze czy "fuszerzy". Zawód farmaceuty to raczej rzecz nowej daty. Powstał niedawno, choć sprowadza się do tego samego co przed wiekami: tajemnej wiedzy, co z czym i jak połączyć, by przynosiło pożądany efekt. Szwajcowski niewątpliwie ma w sobie coś z farmaceuty.

W latach 90. rynek dystrybucji uwolniony spod państwowej kontroli leków przypominał rozsypaną kaszę. Mnóstwo większych lub mniejszych hurtowni i kilka dużych, państwowych walczyło o portfele aptekarzy. A gdyby tak tę kaszę zebrać do torby? Ten, kto pierwszy zacznie, zbierze najwięcej. Tak zapewne myślał Jacek Szwajcowski, zerkając a to na rynek, a to na raczkującą jeszcze giełdę. W lutym 1997 r. postanowił, że jako pierwszy z dystrybutorów leków wejdzie na parkiet.

— Decyzja dojrzewała raptem tydzień. W październiku Medicines był już notowany na GPW — przyznaje Szwajcowski.

Ostry gracz

Ekspresowe tempo. I w takim też z lokalnej firmy Medicines stała się ogólnopolskim graczem. Z 70 mln złotych uzyskanych z giełdy część poszła na budowę magazynów w całej Polsce. Reszta — na zbieranie kaszy. Czyli fuzje, przejęcia. Już jedno z pierwszych posunięć zaskoczyło wszystkich. Nigdy wcześniej spółka publiczna nie łączyła się — i to za jednym zamachem — z dwiema niepublicznymi. W rezultacie fuzji Medicines z Carbo (największa wówczas prywatna hurtownia) i Cefarmem B z Opola powstała PGF — Polska Grupa Farmaceutyczna.

— Ryzykowny ruch, ale i stawka wysoka — potwierdza Szwajcowski.

Z czasem PGF wchłonęła także hurtownie Cefarmu, Aptekarza z Rzeszowa oraz sieć Apteki 21 (ponad 100 placówek). W kolejnych latach doszło jeszcze kilka Cefarmów.

— Decyzja o przejęciach była kolejną z kluczowych. Gdyby nie ona, nie bylibyśmy tam, gdzie jesteśmy dzisiaj — tak szybciej i efektywniej zbudowaliśmy pozycję na rynku. W ciągu dwóch lat zwiększyliśmy obroty 12-krotnie! — opowiada biznesmen.

Ale bywały i wpadki...

— Pamiętam, jak jeszcze w Medicines zamówiliśmy u producenta cały tir leków. Dzień później w Polsce doszło do dewaluacji złotego o 17 procent. Z dnia na dzień straciliśmy równowartość nowego samochodu, co wtedy było dla nas katastrofą finansową… Oj, zabolało — wspomina Szwajcowski.

A sprawa prywatyzacji łódzkiego Cefarmu, której NIK wiele zarzuca i którą badali prokuratorzy z Łodzi?

— Nigdy nikt nie udowodnił nam złamania prawa — zapewnia Szwajcowski.

Żadna wpadka nie okazała się tak bolesna, by udaremnić wizję, w której Polska okazała się za ciasna.

— Mamy wielki rynek, ale międzynarodowy kusi bardziej. Możemy go zdobyć — tak samo jak zdobyliśmy Polskę. Rynek europejski jest rozdrobniony niby nasz przed laty. A dla producenta dystrybutor, który ma dostęp do 180 mln ludzi, to skarb. I taki jest nasz cel — być numerem jeden w krajach nowej Unii — mówi Szwajcowski.

Zaczął od Litwy, wchłaniając tamtejszego lidera rynku, którym dzisiaj zarządza Maria Wiśniewska, była prezes Banku Pekao SA — od dawna członek rady nadzorczej PGF.

— Uparty, ale nie despota. Potrafi słuchać i gdy trzeba, przyznać rację. Skuteczny. Osiąga zamierzone cele. Wady? Ma węża w kieszeni. Zdarza się, że rada nadzorcza bywa bardziej hojna niż prezes. Ma jedną słabość — żeglarstwo. Kiedyś na spotkaniu z kapitanem Baranowskim bardzo chciał wiedzieć, jak to jest, gdy łódź wywróci się do góry dnem. Nie wiem, po co, bo nie robi wrażenia ryzykanta — mówi Hubert Janiszewski z DB Securities.

Ryzykantem może nie jest, ale że lubi oglądać złotówkę pod światło, to fakt.

— Mówią, że jest przesadnie oszczędny, lubi liczyć każdy grosz. Może to i prawda. Nie jest w gorącej wodzie kąpany, ma raczej kartezjańskie podejście do życia. Świetnie się porusza w środowisku biznesu, również międzynarodowego. Tym, co Jacka wyróżnia, są jego globalne zainteresowania. Co roku jeździ na Światowe Forum Ekonomiczne do Davos, gdzie przyznano mu nawet prestiżowy tytuł Global Leader of Tomorrow. Jeździ nie po to, by się pokazać, ale by słuchać — zapewnia Andrzej Olechowski, były członek rady nadzorczej PGF.

To on wprowadził Jacka Szwajcowskiego na międzynarodowe salony. Czyli do grupy Bilderberg.

Elitarne grono

Grupa Bilderberg to jedno z najbardziej elitarnych i wpływowych prywatnych stowarzyszeń na świecie. Jej twórcy unikają rozgłosu, dlatego mało kto o niej słyszał, choć na jej spotkaniach bywają szefowie rządów, politycy i finansiści z pierwszych stron gazet, znani biznesmeni. Raz mówi się o stowarzyszeniu, które pociąga za sznurki światowego biznesu i polityki, innym razem — o nieformalnym, prywatnym klubie dyskusyjnym dla elit, który raz do roku organizuje spotkania w innym miejscu świata.

— Trudno sobie wyobrazić bardziej elitarne zgromadzenie. Selekcję uczestników przeprowadza się wyjątkowo starannie i pod kątem ich użyteczności dla dyskusji. Z tego powodu nie zaproszono kiedyś Henry’ego Kissingera — wspomina Olechowski.

Jak i dlaczego Jacek Szwajcowski trafił do takiego grona?

— Ja go rekomendowałem. Jestem przekonany, że ludzie tacy jak Szwajcowski — młodzi i bez kompleksów — będą nadawać ton elicie gospodarczej w naszym kraju, a nie faceci jak Bagsik i paru innych… — wyjaśnia Olechowski.

Każdy zapytany o Szwajcowskiego powie o nim, że to zimny technokrata. Nie żaden brat łata. Prywatności broni jak niepodległości, o firmie opowiada jak o pierwszej miłości. I choć dystrybucja, zwłaszcza leków, to rzecz niewdzięczna i bezbarwna, Szwajcowski najlepiej czuje się w aptece. Nie, nie w tej błyszczącej szkłem i aluminium, a w tej pachnącej naftaliną i ingrediencjami ścieranymi w żeliwnych moździerzach. Paradoks. Pozorny.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Ziarna kaszy w jednym worku