Zieleń na wzgórzach

Karolina Guzińska
opublikowano: 2006-07-21 00:00

Ludzie związani z Gdańskiem, Gdynią i Sopotem pokazują ulubione zakątki. I dzielą się wspomnieniami o Trójmieście.

Krzysztof Skiba

lider zespołu

Big Cyc

Gdańscy mieszczanie, obdarzeni zmysłem handlowym, wiedzieli jak negocjować z królami Polski dobre warunki do prowadzenia interesów. Urządzali we Dworze Artusa biesiady obfite, polewane alkoholem i — jak wieść niesie — z udziałem sprzedajnych dziewcząt. Celem przekupywania władzy… Co roku w lipcu współorganizuję we Dworze Artusa Okrągły Stół Satyryków, jedną z imprez Festiwalu Dobrego Humoru. Każdy może tu przyjść i posłuchać obrad oceniających rozwój komizmu w naszym kraju. Wybraliśmy Dwór Artusa, bo to reprezentacyjne miejsce — ze wspaniałą salą balową. No i ta tradycja przekupywania najwyższych urzędników! Sentymentem darzę też Mariacką, najpiękniejszą, absolutnie magiczną ulicę starówki — z kamienicami o niesamowitych przedprożach. Były to nie tylko wejścia do domów, ale i miejsca kulturotwórcze: tu się spotykano, dyskutowano, urządzano spektakle. Wykorzystują to artyści, otwierając na Mariackiej galerie i pracownie. Spacerując nią, dojdzie się do kościoła Mariackiego, największej ceglanej świątyni w Europie. Gdy kontempluję tu kopię obrazu Jana Memlinga „Sąd ostateczny”, zdobytego przez polskich kaprów, czuję się jakbym oglądał plastyczny film… Obcowaniem ze sztuką jest też wizyta w jedynym w kraju Muzeum Polskiego Rocka — Rock Cafe przy Tkackiej 7/8. To połączenie klubu z muzeum, gdzie przy kuflu piwa ogląda się pamiątki po legendach polskiego rocka: zdjęcia Niebiesko-Czarnych z lat 60., złote płyty Ira, De Mono, stroje sceniczne muzyków Oddziału Zamkniętego, nutowe zapisy przebojów… Odbywają się tu koncerty, bywają gdańscy muzycy i artyści. Muzeum powstało w 1999 r., w 40. rocznicę pierwszego w Polsce koncertu rockowego — w klubie Rudy Kot na Garncarskiej, rzut beretem od Tkackiej, wystąpiła formacja Rhythm and Blues. Krążąc po Sopocie, żądni artystycznych wrażeń powinni też zajrzeć do Spatifu na Monte Cassino. Pooddychać twórczą atmosferą i wypić lampkę wina ku pamięci artystów — tu upijał się Zbyszek Cybulski, bywał Bogusław Kobiela, pisała piosenki Agnieszka Osiecka…

Leszek Możdżer

pianista o stylu eklektycznym, choć zaliczanym przez krytyków do jazzu

Kiedy przyjeżdżam do Sopotu, mój powitalny rytuał jest zawsze taki sam: najpierw barszcz z uszkami oraz śledź w śmietanie w Błękitnym Pudlu na Monte Cassino. Co do śledzia, to ma on przedziwną właściwość — zawsze smakuje inaczej, nigdy nie wiadomo czy będzie dobry, przeciętny czy wybitny. Najczęściej jest znakomity, chociaż miewa też gorsze dni. Błękitny Pudel to taka klimatyczna rupieciarnia z wybrukowaną podłogą — na ścianach wiszą stare gazety, obrazy, zdjęcia, tabliczki z nazwami ulic. Potem przychodzi pora na kolejny punkt — przywitanie z morzem. Ogarnięcie wzrokiem przestrzeni na skrawku pustej plaży… Wolne wieczory najchętniej spędzam w sopockim klubie Sfinks przy Powstańców Warszawy albo w Spatifie, gdzie barmani wielokrotnie odciągali mnie nad ranem od fortepianu, prosząc, bym już przestał grać i poszedł sobie do domu. Sfinks to w skrócie Sopockie Forum Integracji Nauki Kultury i Sztuki, trzeba przyznać, że radykalna integracja międzyludzka odbywa się tam często. Specyficzne miejsce — kilkadziesiąt metrów od brzegu morza, dwie sale, jedna z fontanną, i różne rodzaje muzyki: w jednym pomieszczeniu ostra, ciemna, transowa, w drugim lżejsza, bardziej przestrzenna. Po integracji konieczna jest regeneracja. Polecam „świat sauny” w sopockim Aquaparku przy ulicy Zamkowa Góra. Sauny w najróżniejszych odmianach, łoża z masażem wodnym oraz sok ze świeżych pomarańczy pomogą stanąć na nogi po integracyjnej nocy.

Ewa Kasprzyk

aktorka teatralna i filmowa

Odwiedzam — i polecam miłośnikom tenisa — korty Arki w Gdyni przy ulicy Ejsmonda. Jedne z najładniejszych w Polsce, pięknie położone nad samym morzem, ze świetnie utrzymaną nawierzchnią. W lecie odbywają się tu turnieje z udziałem elit światowego tenisa. Bywają tu m.in. Wojciech Fibak, Tom Koker, Guillermo Villas, Magda Grzybowska, siostry Radwańskie. Kompleks mieści restaurację, ale dobry obiad zje się także w sąsiedztwie kortów, na Bulwarze Nadmorskim. Miło usiąść na tarasie restauracji Barracuda, zamowić pyszną rybkę… A po posiłku przejść się bulwarem, a potem plażą, w kierunku Orłowa. W drodze do klifu można wspiąć się do góry, do lasu z jego cienistym chłodem, zielenią i pięknymi wąwozami. Spacer orłowską plażą doprowadzi wędrowca do uroczego mola, bardziej kameralnego niż sopockie. Kto ma siłę iść dalej, dojdzie plażą do Sopotu, do Teatru Atelier imienia Agnieszki Osieckiej. Teatr, leżący nad samym morzem, słynie z unikalnej atmosfery, świetnych koncertów i spektakli. Wiążą mnie z nim miłe wspomnienia z czasów współpracy… Można tu przyjemnie spędzić czas, pijąc poobiednią kawę na plaży, w kawiarence Atelier. A jeśli o kulturze mowa, to Gdańsk wzbogacił się o nowy ośrodek: pierwsze w Polsce Muzeum Bursztynu, przy Długiej. To najnowocześniejsze muzeum Trójmiasta — multimedialne prezentacje, sugestywne ekspozycje, możliwość obejrzenia pod mikroskopem form zatopionych w bursztynie... A do tego eksponaty wypożyczone z muzeów w Watykanie, Ermitażu, Carskim Siole. Koniecznie! Moja propozycja na wieczór to dobry jazz i pierwszorzędni artyści w gdyńskim klubie Ucho na ulicy św. Piotra. Popularne, tętniące życiem miejsce, przyjazne dla ludzi w każdym wieku. Wieczory — i wczesne poranki — to dla mnie najlepsza pora na spędzenie czasu na plaży. Można tu pobiegać, wykąpać się i generalnie zrelaksować.

prof. dr Andrzej Drzycimski

były rzecznik prasowy prezydenta

Lecha Wałęsy, pracuje w wyższych uczelniach niepublicznych

Gdańsk ma ducha, ów genius loci sprawia, że rozgrywają się tu historie wykraczające poza Polskę. Pamiętam to miasto w gruzach, z kikutami wypalonych kamienic sterczącymi z ruin. Takimi ścieżkami chadzałem jako dzieciak… Widziałem, jak Gdańsk rodzi się w protestach, czemu świadectwo dają Trzy Krzyże, pomnik poległych stoczniowców. Stocznia Gdańska, symbol przemian w Polsce, to dla mnie miejsce szczególne. Przekroczyłem jej bramę. Byłem obserwatorem strajku w 1980 r. i jednym z 35 dziennikarzy, którzy podpisali się pod deklaracją solidarnościową skierowaną do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Wciąż przed oczami mam stoczniowe żurawie — dzięki widokowi z okien mego mieszkania na wzgórzach. Ważne dla mnie są też gdańskie świątynie, enklawa wolności w latach 80. Zwłaszcza kościół św. Mikołaja, gdzie gromadzili się mieszkańcy Trójmiasta, artyści, naukowcy, by dyskutować i słuchać. Dziś część z nich skupia się przy kościele św. Jana na Świętojańskiej. Przygotowują kongresy o tematyce społecznej, wsparte wydarzeniami kulturalnymi i happeningami — Areopag Gdański. Co roku, 11 listopada, intelektualiści z Polski i świata omawiają nurtujące tematy: sprawiedliwość, politykę, co zostało z sierpnia 80… Początkowo kameralny areopag nie może dziś pomieścić chętnych — brakuje wystarczająco dużej sali w Trójmieście! Kolejne bliskie mi miejsce… I znów widok z okna: zieleń na wzgórzach. Lasy ciągnące się aż po Wejherowo. Świat relaksu, refleksji, śladów poprzednich pokoleń, bo w tych lasach pełno obelisków, płyt… I wieją w nich wiatry. To typowe dla Trójmiasta, że zawsze wieje tu jakiś wiatr — jak nie historii, to przyrody…

Dorota Kobierowska-Dębiec

sekretarz redakcji miesięcznika „Poznaj Świat”

Warto wypożyczyć kajak w gdańskim klubie wodnym z tradycjami — Żabim Kruku przy ulicy Żabi Kruk. I popłynąć Motławą, rzeką uchodzącą do Martwej Wisły. Przez wieki Motława służyła gdańszczanom za rynek handlowy. Niegdyś był na niej port, dziś jej targową rolę dokumentuje układ ulic Starego Miasta — wszystkie prowadzą nad rzekę. Broniła ona dostępu do Gdańska od strony Żuław, dzięki systemowi skomplikowanych fortyfikacji ziemnych wzniesionych w XVII w. Z 14 bastionów przetrwało sześć: św. Gertrudy, Żubr, Wilk, Wyskok, Miś i Królik. Można je obejrzeć, płynąc zamkniętym akwenem Opływu Motławy: wewnętrzną fosą — zewnętrzną osuszono — obejmującą fortece zygzakowatą linią. Bastion św. Gertrudy, jedyny ocalały z południowego ciągu umocnień, jest już przygotowany do zwiedzania. Wraz z bastionem Żubr otacza zabytkową Bramę Nizinną, łączącą Gdańsk z Olszynką — byłą wioską na Żuławach, dziś dzielnicą miasta. Z kolei przy bastionie Wilk zbudowano niewielką przystań. Na trasie spływu leży także unikalny zabytek hydrotechniczny: Kamienna Grodza zabezpieczająca Gdańsk przed powodziami. To nie koniec atrakcji. Opływ Motławy, ten cenny przyrodniczo obszar, upodobały sobie rzadkie rośliny i ptaki: łabędzie nieme, perkozy, kokoszki wodne… Kajakiem można opłynąć również Wyspę Spichrzów, gdzie działa najlepsza tawerna nad południowym Bałtykiem: klub żeglarski Zejman. To miejsce bliskie memu sercu — małe muzeum z fragmentami wyrzuconych przez fale wraków, starymi kotwicami… Zamknięty klub, ale gospodarze chętnie wpuszczą niespodziewanych gości.