Zielono (prawie) wszędzie

Paweł Cymcyk, Manager Komunikacji Inwestycyjnej ING TFI
23-03-2012, 17:46

Za nami już początek kalendarzowej wiosny. Rozpoczyna się więc czas kiedy przyroda po mroźnej choć krótkiej zimie budzi się do życia i nabiera energii.

Trudno jednak takie ożywienie zaobserwować w gospodarkach, a jeszcze trudniej na parkietach, gdzie zieleni tyle co na lekarstwo. Chociaż trwający właśnie kwartał jest najlepszym początkiem roku dla amerykańskiego indeksu S&P500 od 1998 roku to Stany są jednym z niewielu rynków, który korzysta na globalnym ożywieniu i jest najwyżej od czerwca 2008 roku. W porównaniu do niego wzrosty w Europie czy Azji (poza dobrze spisującą się Japonią) nadal pozostawiają wiele do życzenia. 

Sytuacja taka jest o tyle zaskakująca, że wzrostów brak mimo, że teoretycznie większość problemów przez które w 2012 roku miał nas czekać gospodarczy koniec świata, zniknęła lub została istotnie ograniczona. Na starym kontynencie mamy bezprecedensowy dodruk euro w EBC sięgający astronomicznej kwoty biliona euro, które zostało „rozdane” wśród europejskich banków. Ta operacja bezpośrednio zdjęła ryzyko załamania się systemu finansowego pod swoim ciężarem, a pośrednio dostarczyła środków do zakupu obligacji zagrożonych Włoch i Hiszpanii. A więc dwie pieczenie na jednym ogniu! W sumie to nawet trzy, bo mając już pewność, że żaden bank nie padnie przez długi Grecji udało się w końcu umorzyć 130 mld euro greckiego zadłużenia. Grecja przynajmniej na chwilę zniknęła z czołówek gazet i horyzontu inwestorów. W tym kontekście nie powinny dziwić wskazania niemieckiego indeksu ZEW opisującego nastroje i oczekiwania wśród tamtejszych analityków i inwestorów. Trzymiesięczna zmiana indeksu sięgnęła +74 pkt. i tak gigantycznego wzrostu nie zanotowano jeszcze nigdy od 1992 roku.

Po drugiej stronie Atlantyku sygnały gospodarczego ożywienia są jeszcze bardziej wyraźne. PKB za 4Q2011 sięgnął 3% co w skali amerykańskiej gospodarki  jest dobrym wynikiem. Sprzedaż detaliczna rośnie, produkcja przemysłowa powiększa się, a wskaźniki rozwoju gospodarczego (ISM, NYES, Philly Fed) zdają się nucić kojące – don’t worry be happy. Nawet jeszcze nie tak dawno problematyczne bezrobocie jest obecnie najniższe od początku 2009 roku i spada już nie tylko przez zmniejszanie siły roboczej, ale przez faktyczny wzrost zatrudnienia. Co ciekawe skala poprawy na amerykańskim rynku w ciągu ostatnich 6-7 miesięcy może być porównywalna jedynie z latami 1983-84. Dziwnym zbiegiem okoliczności wtedy też urzędujący w USA prezydent (R. Reagan) starał się o drugą kadencję. Reaganowi spadek bezrobocia pomógł, ale pytanie czy pomoże także Obamie pozostanie do listopada otwarte, chociaż dość jasno już dziś wskazuje jedno ze źródeł obecnej poprawy.

Teoretycznie najsłabiej na tej globalnej mapie gospodarczej prezentują się Chiny, które borykają się z inflacją, strukturą PKB wrażliwą na spadki inwestycji stanowiących w ostatniej dekadzie blisko połowę wzrostu oraz dość słabymi indeksami PMI. Mam tylko wątpliwości czy w kontekście gospodarki rosnącej rocznie o 7,5 (a nie 8 proc.) uzasadniony jest przymiotnik: słaba? Nic nie wskazuje na silniejsze spowolnienie, więc obecne obawy wydają się być trochę na wyrost.

To krótkie zestawienie pokazuje, że w ostatnim kwartale europejski silnik gospodarczy został poddany liftingowi i zasilony paliwem godnym najlepszych bolidów F1. Z kolei amerykański motor wrzuca już trzeci bieg, a trzeci Made in China co najwyżej nieznacznie się krztusi.

Skoro jest tak dobrze, to dlaczego więc nie widać poprawy na rynkach? Myślę, że problem może wynikać z trzech powodów. W kolejności byłyby to: obawy o wzrost cen ropy przez napięcia na linii USA-Iran, dobrą prasę obligacji zamiast akcji oraz najważniejszy, czyli powszechnej wiary w nieuchronność wzrostów. Pierwszy czynnik wynika z naturalnego napięcia geopolitycznego, które za szybko podnosząc ceny  ropy negatywnie odbiłoby się na wzroście gospodarczym. Lata 2008 oraz 2011 pokazały, że wzrost ceny ropy o więcej niż 30 % w czasie krótszym niż 3 miesiące wiąże się z nagłym hamowaniem. Drugi czynnik ma uzasadnienie czysto ekonomiczne – rynek obligacji pod koniec 2011 roku oferował zyski zdecydowanie większe niż rentowności USA czy Niemiec, a w niektórych segmentach nawet większe niż dywidendy. Stąd licząc od początku roku napływ kapitału zagranicznego na rynki wschodzące sięgną rekordowych 22 mld dolarów, z czego większość zapewne została skierowana właśnie na rynek długu.

Mimo wszystko wydaje się, że to właśnie powszechna wiara i przekonanie o tym, że musi być lepiej jest w tej chwili największym problemem ryków. Dobre, a często wręcz wyśmienite nastroje potwierdziły w Europie odczyty niemieckiego indeksu ZEW, w Polsce Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych, a globalnie spadające wartości indeksu VIX nazywanego indeksem strachu, który jest najniżej od 2007 roku. Przewrotnie można zatem stwierdzić, że im bardziej najbliższe tygodnie inwestorów przestraszą (chociaż oczywiście bez przesady) tym szybciej rynki odwzorują lepsze perspektywy. Ponieważ najbliższe dwa tygodnie będą wypełnione po brzegi danymi makro to z pewnością impulsów nie zabraknie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Paweł Cymcyk, Manager Komunikacji Inwestycyjnej ING TFI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Świat / Zielono (prawie) wszędzie