W umowie franczyzowej mogą czaić się pułapki. Dlatego przed jej podpisaniem nie warto oszczędać na konsultacji prawniczej.
Franczyzobiorca, zanim przystąpi do systemu, powinien dowiedzieć się, jak on działa, sprawdzić dawcę licencji, zweryfikować swoje możliwości i zatroszczyć się o prawidłową konstrukcję umowy.
Dla licencjodawcy nie mniej istotny jest właściwy wybór biorcy i zabezpieczenie know-how.
W Polsce brakuje szczegółowych uregulowań prawnych, dotyczących franczyzy. Stosunek między dawcą a biorcą licencji regulowany jest za pomocą umowy, która opiera się na kodeksie cywilnym. W kraju na zasadach podobnych do franczyzy działają także firmy, nazywające współpracę „umową partnerską”. I nie jest to żadnym wypaczeniem czy uchybieniem. Nigdzie bowiem nie zdefiniowano, jaki zakres powinny mieć regulacje zawarte w umowie franczyzy.
Na dobry początek
Umowa franczyzy jest tzw. umową nienazwaną, co oznacza, że można w niej umieścić wszystko, co tylko jest zgodne z polskim prawem.
— Dlatego należy ją przygotowywać przy pomocy prawnika cywilisty i bezwzględnie porównywać jej zapisy z ustnymi obietnicami dawcy. Analiza dokumentu powinna kosztować od 500 do 1000 zł — mówi Andrzej Krawczyk, prawnik, partner w firmie konsultingowej Profit System.
Dobrze skonstruowana umowa zawsze określa warunki, na jakich dawca licencji może ją rozwiązać. Precyzuje wysokości wszystkich opłat ponoszonych przez biorcę w trakcie trwania umowy — od franczyzowych, przez dzierżawne i leasingowe, np. za udostępniony biorcy przez sieć sprzęt albo sklep.
— Jeszcze jeden ważny punkt dobrej umowy to klauzula przyznająca biorcy wyłączne prawo do działania na określonym terenie, np. w mieście, dzielnicy lub na terenie centrum handlowego — mówi Andrzej Krawczyk.
Doświadczenie polskich franczyzobiorców dowodzi, że taka klauzula niejednokrotnie umożliwiała im później szybki rozwój kolejnych punktów sieci.
— Lepiej też omijać dawcę, jeśli nie daje czasu na przestudiowanie umowy albo oczekuje zadatku za jej udostępnienie przed podpisaniem — mówi Andrzej Krawczyk.
Specjalista odradza też podpisywanie tzw. umów międzynarodowych z zagranicznymi franczyzodawcami lub ich przedstawicielami na terenie Polski, ponieważ w razie sporu ma się minimalne szanse na wygraną w zagranicznym sądzie.
Wspólnota zobowiązuje
Zawierając umowę franczyzy, należy pamiętać, że rozpoczyna się prowadzenie własnej działalności gospodarczej, realizowanej wprawdzie pod szyldem franczyzodawcy, jednak na własny rachunek i ryzyko.
— Kluczowym elementem w podejmowaniu decyzji o wyborze franczyzodawcy jest przede wszystkim odpowiedź na pytanie, czy biorca akceptuje wynikające z istoty franczyzy ograniczenia co do sposobu prowadzenia swojego przedsiębiorstwa. Równie ważny jest wybór branży, w której będzie działał przyszły franczyzobiorca, a także poznanie ludzi — przedstawicieli franczyzodawcy oraz franczyzobiorców, z którymi przyjdzie mu współpracować — mówi Grzegorz Chmielarski, prezes Polskiej Organizacji Franczyzodawców, dyrektor ds. franczyzy w firmie McDonald’s.
Przyszły biorca licencji powinien zapoznać się z wysokością i sposobem naliczania opłat, które będzie wnosił na rzecz franczyzodawcy, a także z infrastrukturą, z jakiej będzie korzystał. Niezbędne jest poznanie marki, polityki marketingowej sieci, centrum dystrybucyjnego, ramowych warunków polisy ubezpieczeniowej oraz kredytu lub leasingu na zakup wyposażenia.
— Ostatecznie należy sobie odpowiedzieć na pytanie, jaką wartość dodaną zyska franczyzobiorca w zamian za wnoszone opłaty, w porównaniu z prowadzeniem biznesu pod własnym szyldem i według własnego pomysłu — podsumowuje Grzegorz Chmielarski.
Po polsku
Franczyzodawcy zdają sobie sprawę, że niebezpieczeństwa z tytułu źle sformułowanej umowy czyhają także na nich. Znane są przypadki, gdy osoby, mające dostęp do know-how firmy, na bazie zdobytych informacji tworzyły własne, konkurencyjne przedsiębiorstwo. Z taką sytuacją spotkała się między innymi firma Collagena, której pracownik, wykradając strategiczne informacje, próbował zbudować konkurencyjną sieć. Również firma Razem miała do czynienia z tego typu oszustami. Z nieuczciwymi kontrahentami walczy cały czas także sieć ciastkarni Mamuśka The Cheesecake Shop. Powstała 13 lat temu w Australii, ale jej pomysłodawcami są dwaj bracia — Robert i Mirosław Konopaccy. Wprowadzając system do Polski, zdecydowali się jedynie na franczyzę dystrybucyjną — choć za oceanem każdy sklep sieci sam produkował ciasta według oryginalnej receptury.
— W czasach prosperity nasi polscy franczyzobiorcy kupowali gotowy produkt od firmy matki i z tytułu samej dystrybucji inkasowali miesięcznie po 5-10 tys. zł. Kiedy po 2002 r. polska gospodarka zwolniła i zysk znacząco spadł, otrzymali szansę zakupu licencji także na produkcję ciast — mówi Adam Baczyński, szef firmy Tatuś, masterbiorca na Polskę.
To rozwiązanie na krótko poprawiło sytuację finansową, jednak ostatecznie biorcy zostali zmuszeni do odsprzedaży sklepów. Cztery z nich trafiły w ręce firmy Tatuś.
— Inni zaczęli kombinować na własną rękę. Właściciele warszawskich punktów na Grójeckiej i na Targówku, funkcjonujących pod nazwą Torcik, zaczęli sprzedawać wyroby nie należące do naszej sieci, jeszcze gdy byli jej członkami. Zerwaliśmy z nimi umowę. Inny biorca, do którego należą sklepy w warszawskich centrach handlowych Klif i Sadyba Best Mall oraz na Dworcu Centralnym, nie wysilił się nawet, by stworzyć własne logo. Szyld z nazwą The Cheesecake Shop został zmieniony na The Cheesecake Corner. Pozostawiono podobieństwo brzmieniowe — i kolor logo, i kształt liter są identyczne z pierwowzorem — mówi Adam Baczyński.
Sukces całej sieci zależy od dobrej opinii marki. Ta może być łatwo zniszczona przez nieodpowiedzialnego biorcę.