Złota seria to sygnał spadku zaufania

Krzysztof Kolany
opublikowano: 2019-07-02 22:00

Złoto wdarło się na czołówki mediów finansowych po tym, jak jego cena osiągnęła 6-letni szczyt. Co takiego się wydarzyło, że inwestorzy nagle przypomnieli sobie o królewskim metalu?

Z artykułu dowiesz się:

  • co napędza ceny złota
  • jakie są prognozy na przyszłośc
  • co nietypowego jest w tej hossie na złocie

Przez ostatnie lata złoto popadało w zapomnienie. Koniec bessy z lat 2012-15 nie oznaczał powrotu hossy. Przez 3,5 roku dolarowy kurs złota wahał się z grubsza między 1120 za 1380 USD za uncję. W czerwcu sytuacja nagle się zmieniła. Dolarowe notowania złota wystrzeliły w górę i w miesiąc urosły o ponad 12 proc.

Znaczący ruch

Osiągnięcie 6-letniego szczytu, wybicie oporów i przełamanie bariery 1400 USD to na gruncie analizy technicznej sygnał kupna i prawdopodobnie także zmiany długoterminowego trendu z bocznego na wzrostowy. Takie rozstrzygnięcia szybko przyciągają spekulacyjny kapitał. I to właśnie widzieliśmy w czerwcu. Stan posiadania największego „złotego” funduszu ETF — czyli SPDR Gold Trust — w zeszłym miesiącu wzrósł o blisko 57 ton.

Większość komentatorów upatruje przyczyn renesansu złota w zmianie polityki banków centralnych. Cofnijmy się w czasie o pół roku. Mamy Fed podnoszący stopy procentowe i redukujący swój bilans, w ramach QT (ilościowego zacieśniania) faktycznie drenując rynek z dolarów. Po drugiej stronie Atlantyku Europejski Bank Centralny właśnie zakończył program skupu obligacji (QE — ilościowe poluzowanie), w ramach którego za wykreowane z powietrza pieniądze kupował długi europejskich rządów. Rynek zastanawiał się, kiedy EBC zacznie podnosić stopy procentowe i że może do tego dojść już jesienią.

Minęło pół roku i sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Na rynkach finansowych zaczęto bać się recesji, czego objawem było odwrócenie krzywej terminowej w maju w Stanach Zjednoczonych. Po raz pierwszy od 2007 r. rentowność 3-miesiecznych bonów skarbowych przewyższyła rentowność 10-letnich obligacji. Przez ostatnie pół wieku taka sytuacja poprzedzała każdą recesję w amerykańskiej gospodarce. Rynek zaczął wymuszać na Rezerwie Federalnej nagłą obniżkę stóp procentowych. Decydenci w bankach centralnych spanikowali. Fed w czerwcu otworzył furtkę do obniżenia kosztów kredytu. A prezes EBC Mario Draghi zapowiedział poluzowanie i tak już ekstremalnie luźnej polityki monetarnej, deklarując przy tym gotowość do tolerowania trwałego przekroczenia celu inflacyjnego! Mario Draghi wyraził wolę sprowadzenia stóp procentowych jeszcze głębiej poniżej zera i wznowienie QE, nawet nie oglądając się na limity, jakim podlegał ten program w poprzedniej edycji.

Remedium na szaleństwo bankierów

Rentowności długoterminowych obligacji w kolejnych państwach strefy euro jeden po drugim spadały poniżej zera. Pod koniec czerwca dług o łącznej wartości nominalnej ponad 13 bln USD (1 bilion to 1000 miliardów) był notowany przy ujemnej rentowności. Doszło do absurdalnej sytuacji, gdy inwestorzy płacą rządom za przechowanie pieniędzy, akceptując już nie tylko realną, ale nawet nominalną utratę kapitału. Aby uciec przed widmem coraz bardziej ujemnych stóp procentowych w EBC, część inwestorów gotowa jest zaakceptować ujemną rentowność, czyli pewną utratę kapitału w terminie do wykupu obligacji (YTM). Zaraza NIRP (ujemnych stóp procentowych) dotarła nawet na rynek długu korporacyjnego, gdzie denominowane w euro obligacje niektórych firm też stały się instrumentem „wolnym od dochodu”. Ale wciąż przecież niepozbawionym ryzyka.

Analitycy mówią, że realnie (a teraz nawet nominalnie) ujemne stopy procentowe sprzyjają wzrostowi cen złota. Potwierdzają to dane historyczne: w okresach realnie niedodatnich stóp procentowych w USA dolarowe ceny złota miały tendencję do wzrostu. Ewentualne cięcia stóp w Fedzie mogą też doprowadzić do odwrócenia trendu wzrostowego na dolarze, co także jest pozytywną wiadomością dla złota, cechującego się ujemną korelacją z amerykańską walutą.

Nieudany eksperyment

Tym razem chodzi jednak o coś więcej. Drożejące złoto nie jest tylko odzwierciedleniem zwykłej, cyklicznej zmiany polityki pieniężnej. Uważam, że to przejaw stopniowej erozji zaufania do współczesnego systemu monetarnego. Przecież przez lata bankierzy centralni wmawiali nam, że polityka ZIRP/NIRP i QE jest tymczasową odpowiedzią na nadzwyczajne załamanie koniunktury gospodarczej, jakie nastąpiło po 2008 r. Oczekiwaliśmy, że gdy już banki centralne „uratują świat”, to sytuacja wróci do normalności: QE zostanie wygaszone, stopy wzrosną, inflacja cenowa wróci i znów będzie napędzać kredytową ekspansję gospodarczą. Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, że tak się nie stało.

Nawet nieśmiała próba normalizacji polityki Fedu zakończyła się przy stopie funduszy federalnych na poziomie zaledwie 2,50 proc. Strefa euro nie wytrzymała nawet pół roku bez zastrzyków monetarnej heroiny (QE) i znalazła się na krawędzi kolejnej recesji, czego przejawem są pikujące wskaźniki PMI dla przemysłu. Jasno już widać, że bezprecedensowy eksperyment monetarny się nie powiódł. Skoro współczesny system nie może funkcjonować nawet w warunkach wciąż niskich (ale jednak dodatnich) stóp procentowych, to znaczy, że stopy ujemne mogą stać się „nową normalnością”. Tyle że reżim NIRP na dłuższą metę jest nie do utrzymania, bo kapitalizm nie może funkcjonować przy ujemnej cenie pieniądza. Przecież taka sytuacja sprawia, że niemal każda transakcja staje się opłacalna, pompując niewyobrażalne balony spekulacyjne i całe sterty nieproduktywnych inwestycji. Odnoszę wrażenie, że ten pogląd — dotychczas dryfujący na peryferiach debaty ekonomicznej — powoli przedostaje się do głównego nurtu.

Jeśli ludzie nadal będą tracili wiarę w skuteczność banków centralnych, to upadek systemu monetarnego stanie się samospełniającą przepowiednią. Współczesny pieniądz i sektor bankowy oparte są tylko na zaufaniu. Bez wiary w to, że pieniądz, którym obracamy, jest cokolwiek wart, jego wartość szybko spada do zera — jak w Wenezueli. Tak samo banki są wypłacalne tylko tak długo, jak długo ludzie w to wierzą i nie zgłaszają się masowo po swoje oszczędności. Nagły wystrzał notowań złota jest w mojej ocenie przejawem utraty wiary w ten system. Kupujący złoto wyrzekają się szans na pomnożenie kapitału na rynkach akcji czy w nieruchomościach. Nie mają też alternatywy (przynajmniej w strefie euro) w postaci obligacji skarbowych czy rachunku bankowego, który już nie przynosi odsetek. Zakup złotej sztabki jest w pewnym sensie przejawem desperacji wynikającym z braku sensownej alternatywy na przechowanie zgromadzonego kapitału.

Jeśli bankom centralnym tym razem nie uda się pobudzić nowej fali ekspansji kredytowej, to system monetarny złoży się pod własnym ciężarem niczym domek z kart. Mamy bowiem sytuację, gdy spowalniający wzrost gospodarczy i wciąż relatywnie niska inflacja cenowa czynią niemożliwą obsługę piętrzącego się zadłużenia — zarówno w sektorze prywatnym, jak i publicznym. To domena już nie tylko Włoch czy Japonii, ale w niedalekiej perspektywie także Stanów Zjednoczonych ponownie zadłużających się w tempie około 1 bln USD rocznie. W takich okolicznościach złoto staje się polisą ubezpieczeniową na wypadek tego, że tym razem coś pójdzie nie tak. A cena tej polisy jest barometrem zaufania do rządów i banków centralnych.

9 proc. O tyle od początku roku urosła dolarowa cena złota.