Złoty dramatycznie słaby, a my bezsilni

Jacek Kowalczyk,JKW
04-02-2009, 00:00

Kolejny fatalny dzień dla kredytobiorców. Rząd i bank centralny teoretycznie mogą reagować. Ale to nie pomoże, więc szkoda na to pieniędzy.

Frank już po 3,10 zł, euro po 4,60 zł. Możemy tylko czekać

Kolejny fatalny dzień dla kredytobiorców. Rząd i bank centralny teoretycznie mogą reagować. Ale to nie pomoże, więc szkoda na to pieniędzy.

Złoty znowu sponiewierany. Wczoraj euro kosztowało już nawet prawie 4,60 zł — przez kilka godzin zdrożało o 14 gr. Równie mocno poszły w górę ceny innych walut. Za dolara płacono 3,55 zł, za franka szwajcarskiego 3,09. Wszystkie trzy waluty tak drogie były ostatnio w 2004 r. Co tak zatrzęsło złotym? Na pewno nie podstawy polskiej gospodarki.

Kosztowne gierki

Według analityka Marka Rogalskiego, to po prostu spekulacja.

— Zagraniczne fundusze upodobały sobie grę na przecenę złotego, w czym pomaga im uwikłanie polskich firm w opcje walutowe. Oczywiście, ogólnym tłem rozgrywki są wciąż nie najlepsze prognozy dla globalnej gospodarki i marne perspektywy dla rynków wschodzących — mówi Marek Rogalski.

Z podobnymi problemami co złoty zmagały się wczoraj inne waluty regionu: czeska korona była najsłabsza od lipca 2007 r., na Węgrzech kurs euro przebił poziom 300 HUF (węgierska waluta już od kilku tygodni jest najsłabsza w historii). Trudno więc wiązać nasze spadki z problemami budżetowymi w Polsce i nagłym szukaniem przez rząd oszczędności.

— Nie chce mi się wierzyć, że inwestorzy boją się, że rząd nie znajdzie obiecanych 17 mld zł. Stan polskich finansów publicznych nie jest na tyle zły, aby miało to skłaniać zagranicznych inwestorów do panicznych ruchów — twierdzi Marek Rogalski.

Według Janusza Jankowiaka, głównego ekonomisty Polskie Rady Biznesu (PRB), rozchwianie złotego jest w obecnej sytuacji zjawiskiem normalnym.

— Rynek jest płytki, więc każda większa instytucja może jedną transakcją wzburzyć kurs — mówi ekonomista PRB.

Zbędny trud

Sytuacja jest jednak poważna. Co prawda, słaby złoty umacnia konkurencyjność naszych eksporterów i sprzyja inwestowaniu w Polsce, jednak doprowadził do potężnych kłopotów finansowych firmy zaangażowane w opcje walutowe i stawia w coraz trudniejszym położeniu gospodarstwa domowe zadłużone w obcej walucie. Czy ktokolwiek jest w stanie go ratować?

— Teoretycznie wpływać na kurs złotego może rząd, sprzedając euroobligacje i kupując złote, oraz Narodowy Bank Polski, bezpośrednio skupując za rezerwy walutowe naszą walutę. Obie instytucje mogą to robić niezależnie od siebie — tłumaczy Marek Zuber, główny ekonomista Dexus Partners.

Jednak ekonomiści są zgodni — interwencje walutowe byłyby dzisiaj głupotą.

— Interwencja zadziałałaby, ale najwyżej na trzy-cztery dni. Później złoty wróciłby do poprzednich poziomów — twierdzi Marcin Kiepas, analityk X-Trade Brokers.

— Skupowanie złotego byłoby bardzo kosztowne, a nie ma żadnych przesłanek, żeby aż tak mocno reagować. Dochody eksporterów rosną, nie ma presji inflacyjnej. Bank centralny nie może podejmować tak ważnych dla równowagi makroekonomicznej decyzji tylko w oparciu o problemy części kredytobiorców zadłużonych w walutach — dodaje Janusz Jankowiak.

Marek Zuber też przekonuje, że należy zachować spokój i powstrzymać się z jakąkolwiek interwencją.

Groźny mechanizm

Teoretycznie rozwiązaniem mogłoby być też szybkie wejście do mechanizmu ERM2. Złoty byłby stale powiązany z euro i każde większe odchylenie od określonego kursu zmuszałoby bank centralny do interwencji. Premier Donald Tusk deklaruje, że zamierza wprowadzić mechanizm jeszcze w 2009 r., jednak większość ekonomistów uważa, że w obecnej sytuacji jest to rozwiązanie ryzykowne.

— Nie udało się rządowi zbudować porozumienia z opozycją co do zmiany konstytucji. Bez tego nie należy wchodzić do ERM2, ponieważ może się okazać, że będziemy musieli w nim przebywać dłużej niż obowiązkowe dwa lata. Byłoby to bardzo groźne, ponieważ prowadziłoby do silnego wzrostu inflacji i spadku aktywności gospodarczej, a ciągle nie mielibyśmy euro. Inaczej: korzyści żadnych, a koszty coraz większe — mówi Janusz Jankowiak.

W dodatku przebywanie w mechanizmie wymagałoby od banku centralnego wyzbywanie się rezerw walutowych, a tych nie mamy dużo. Na koniec grudnia wynosiły 184,2 mld zł.

— Niby sporo, ale przy tak chwiejnym kursie, jak obecny, kwota szybko może się skończyć — twierdzi Janusz Jankowiak.

Katarzyna Zajdel- -Kurowska:

1Skąd bierze się gwałtowne osłabienie złotego?

Katarzyna Zajdel-Kurowska, wiceminister finansów: Z tego, co nam wiadomo, to silne wahania kursowe są wywołane czynnikami psychologicznymi, a nie fundamentalnymi. Na rynku walutowym nic istotnego się nie wydarzyło. Od kilku tygodni jest on płytki i nawet niewielkie transakcje importerów i eksporterów mają znacznie dla wartości złotego.

2Czy obecne zawirowania z budżetem nie wpływają na ucieczkę od złotego?

Absolutnie nie. Przekaz rządu jest jasny — będziemy ciąć zbędne wydatki, żeby utrzymać deficyt budżetowy na niezmienionym poziomie i nie zwiększać potrzeb pożyczkowych państwa. Inne kraje, nawet te ze strefy euro, zwiększyły deficyt i wkrótce po tym agencje ratingowe obniżyły im oceny, przez co koszt obsługi zadłużenia tych państw wzrósł. My nie chcemy do tego doprowadzić.

3Kiedy nasza waluta zacznie zyskiwać na sile?

Kurs naszej waluty jest mocno niedowartościowany, zarówno do innych walut, jak i kursu równowagi. To skutek mocnego spadku zaufania do całego naszego regionu. Dlatego prędzej czy później złoty zacznie się umacniać. Trudno jednak dziś przewidywać, kiedy ten proces się rozpocznie.

Teoretycznie Narodowy Bank Polski ma możliwości bronienia złotego. Może interweniować, gdy uzna, że jego kurs jest niewłaściwy — kupując za dewizy złote z rynku, by w ten sposób podnieść ich notowania. Rezerwy NBP przekraczają obecnie 40 mld EUR.

Ekonomiści są jednak zgodni, że to złe rozwiązanie: przede wszystkim dlatego, że nie przyniosłoby oczekiwanych skutków: pieniądze, które mogłyby zostać rzucone na rynek dla ratowania złotego, są zbyt małe, by stawić czoło wielkim pieniądzom przetaczającym się po światowym rynku walutowym, które tylko czekają na okazję do spekulacji i szybkiego zarobku.

O tym, że nie warto igrać ze spekulantami, przekonał się 1992 r. Bank of England i brytyjski rząd. Nauczkę dał im wówczas węgierski inwestor George Soros, który zapewniał, że funt jest przewartościowany, otworzył linie kredytowe na 15 mld funtów i zaczął skupować inne waluty. W efekcie funt zaczął tracić, więc brytyjskie władze — chcąc go ratować przed dalszymi spadkami (funt przebywał wtedy w Europejskim Systemie Walutowym ERM) — zaczęły ją z rynku skupować. Nie pomagało, więc bank centralny zaczął podnosić stopy procentowe. Nic to nie dało, bo do gry o funta przyłączyli się inni spekulanci. W efekcie rząd skapitulował: funt został zdewaluowany o 15 proc. Rząd brytyjski stracił na operacji około 3,4 mld GBP. George Soros zarobił około miliarda dolarów.

Jacek

Kowalczyk

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk,JKW

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Złoty dramatycznie słaby, a my bezsilni