Złoty spadł nagle ze szczytu na dno

Kamil Zatoński
opublikowano: 2010-02-08 00:00

A wszystko przez zamieszanie wokół Grecji, Hiszpanii i Portugalii

W dwa dni kurs euro do złotego wzrósł prawie o 10 groszy, a w piątek przez moment za wspólną walutę płacono nawet ponad 4,10 zł. Taką gwałtowność ruchu analitycy tłumaczyli tym, że inwestorzy do tej pory mieli bardzo duże, długie pozycje w złotym, które teraz — w obliczu wzrostu ryzyka związanego z problemami budżetowymi niektórych państw Unii Europejskiej — musiały być szybko redukowane.

Jeszcze na początku minionego tygodnia złoty był jedną z najmocniejszych walut świata (biorąc pod uwagę stopę zwrotu z 5 sesji), by w piątek zniwelować całość zysków i stać się jedną z najgorszych inwestycji. Entuzjazm po zapowiedzi przyspieszenia procesu prywatyzacji i przełamaniu poziomu 4 zł za euro szybko wyparował, a zastąpiły go obawy o stan finansów publicznych. Na razie dotyczą one przede wszystkim Grecji, Portugalii i Hiszpanii, ale widmo poważnych problemów tych państw ze sfinansowaniem potrzeb pożyczkowych odstrasza inwestorów od rynków wschodzących.

Pod pilną obserwacją jest też strefa euro, a sentyment analityków błyskawicznie przesuwa się od wspólnej waluty do dolara. Specjaliści Morgan Stanley wyrazili zaskoczenie błyskawicznym tempem pogarszania się kondycji finansów dojrzałych europejskich gospodarek i zdecydowanie obniżyli prognozy dla kursu euro względem dolara. Szacują oni, że na koniec 2010 r. za euro trzeba będzie płacić około 1,24 USD.

W centrum uwagi jest inny barometr ryzyka, jakim są swapy ryzyka niewypłacalności (CDS, czyli ubezpieczenie przed niewypłacalnością emitenta). W przypadku obligacji skarbowych Grecji notowania tych instrumentów wzrosły w piątek o19,5 pkt bazowego i osiągnęły 446,5 pkt. CDS obligacji Hiszpanii wzrósł o 13 pkt baz., do 183 pkt, a CDS Portugalii zyskał 9,5 pkt baz. i wynosi 239 pkt. We wszystkich przypadkach to poziomy najwyższe w historii. Rekordy bite były zresztą ostatnio dzień po dniu, ale do minionego czwartku nie miało to jeszcze większego wpływu na postrzeganie Polski, w tym złotego. I właśnie w czwartek notowania CDS-ów dla Polski skoczyły o ponad 15 proc., do 156 pkt baz. Znów okazało się, że kiedy dzieje się źle, to w regionie największe cięgi zbiera Polska. Wyceny CDS-ów dla Węgier wzrosły o 7 proc., do 263 pkt, a dla Czech o 8 proc., do 102,6 pkt. We wszystkich przypadkach był to pierwszy tak wyraźny wzrost od wielu miesięcy, w czasie których koszty zabezpieczenia długu były względnie stabilne.

Prawdziwym testem nastawienia inwestorów wobec Polski będą jednak dopiero kolejne przetargi obligacji skarbowych. W najbliższą środę resort finansów zaoferuje papiery dwuletnie. Kiedy ponad dwa tygodnie temu sprzedawano dziesięciolatki, popyt trzykrotnie przewyższył podaż. Wcześniej udało się też uplasować euroobligacje za 3 mld EUR. W ostatnią środę na aukcji zamiany sprzedano obligacje za 6,4 mld zł, a odkupiono za prawie 6,3 mld zł. Po tym przetargu tegoroczne planowane potrzeby pożyczkowe państwa zostały zaspokojone już w 20 proc. Do tej pory było więc dobrze. Jak będzie dalej? Ekonomiści na razie są zdania, że rząd nie powinien mieć problemów ze znalezieniem chętnych na nasze obligacje, bo w sektorze bankowym wciąż mamy do czynienia z dużą nadpłynnością, a Polska — mimo wszystko — wyróżnia się na tle innych gospodarek. Ta opinia powtarzana jest jak zaklęcie, ale w sytuacjach kryzysowych zaklęcie to rzadko działa.

Co ciekawe, według szacunków firmy analitycznej Data Explorers, udział "czystych" krótkich pozycji w ogóle pozycji zajętych w polskich obligacjach należy do jednych z najwyższych wśród państw rozwijających się i rozwiniętych. W tym zestawieniu Polskę wyprzedzają tylko Rumunia, Słowenia i Litwa, a tuż za nami są Węgry, Irlandia, Portugalia i Grecja. Nieco inaczej jest z dynamiką rok do roku: w przypadku Polski wzrost krótkich pozycji jest nieduży w porównaniu z wymienionymi krajami, a także choćby z Dubajem czy Czechami. Z pewnymi zastrzeżeniami autorzy raportu skalę krótkiej sprzedaży i zmianę jej udziału r/r interpretują jako świadectwo postrzegania kondycji fiskalnej państw.

Kryzys jeszcze się nie skończył

Marcin Mrowiec

główny ekonomista Banku Pekao

Osłabienie złotego z ostatnich kilku dni można wiązać z domykaniem pozycji przez "słabe ręce", a więc przez tych, którzy jako ostatni spóźnialscy kupowali naszą walutę po pozytywnych artykułach o polskiej gospodarce w prestiżowych magazynach ekonomicznych. Ich ostatnie "uderzenie" rozpoczęło się po takim artykule w "The Economist", wtedy zepchnęli kurs euro z 4,05 do 3,95 zł, a obecnie ten kurs wrócił na poziomy zbliżone do czasu sprzed ich "ataku".

Co dalej? Jeśli chodzi o najbliższy okres, to kluczowym poziomem jest 4,11 względem euro, gdyż tam obecnie znajduje się linia trendu, która dotąd opisywała wzmocnienie złotego z 4,92 zł. Jeśli ją przebijemy, czeka nas definitywne zakończenie trendu wzmacniania złotego i w perspektywie kilku miesięcy ruch w stronę 4,30 albo i wyżej. Brak przebicia tego poziomu oznaczać będzie stabilizację i konsolidację.

Warto też zwrócić uwagę na to, że "rajd" na złotym w znacznej mierze napędzały transakcje typu "carry trade", finansowane w dolarze — wzmacnianie się dolara oznacza domykanie tych transakcji i konieczność sprzedaży m.in. złotego. W końcu — choć tak naprawdę to najważniejsze — myślę, że zbyt łatwo uwierzyliśmy, że kryzys już się skończył.