Złoty traci przydomek „płynny”

JKW
opublikowano: 2011-10-03 00:00

Politycy walczą z rynkiem

Jeszcze nigdy od uwolnienia waluty nie była tak kontrolowana przez polityków jak obecnie.

Złoty przestaje być walutą z zupełnie płynnym kursem. Polska coraz bardziej przypomina kraj z tzw. kursem płynnym kierowanym, czyli wspieranym przez publiczne władze. W ostatnich tygodniach z niespotykaną dotąd determinacją kursu złotego bronią bank centralny i rząd. W czwartek i piątek przynajmniej dwukrotnie umacniał złotego Bank Gospodarstwa Krajowego, kontrolowany przez resort finansów. Później na rynek walutowy wkroczył Narodowy Bank Polski — sprzedawał część rezerw i kupował złotego.

To już druga bezpośrednia interwencja banku centralnego w ciągu siedmiu dni. Wcześniej przez 11 lat historii płynnego złotego bank centralny wszedł na rynek tylko raz (9 kwietnia 2010 r., na dzień przed śmiercią prezesa Sławomira Skrzypka).

— To nie była wielka kwota. Najprawdopodobniej NBP sprzedał na rynku około 100 mln EUR, po około 20 mln EUR w jednym banku — mówi o piątkowej interwencji proszący o anonimowość trader walutowy. Skutek był widoczny, ale nie tak silny jak przy poprzedniej akcji. Tym razem złoty umocnił się do euro o niespełna 4 gr (cena euro spadła z 4,44 do 4,40 zł).

Tydzień wcześniej wejście na rynek NBP miało około trzykrotnie silniejszy efekt. — Pierwsza interwencja była dużym zaskoczeniem na rynku i zrobiła spore wrażenie na inwestorach. Bank centralny zyskał na reputacji, bo wybrał idealny moment, interwencja była przeprowadzona wzorowo. Druga operacja nie była już tak udana. Sprawiała wrażenie mniej przemyślanej, niepotrzebnie broniącej dość niskiego kursu — mówi trader walutowy innego banku. Inwestorzy uświadomili sobie jednak, że pierwsza interwencja NBP nie była jednorazowym wyskokiem. Muszą się liczyć z tym, że podobne operacje będą się powtarzać, a bank centralny będzie aktywnym graczem na rynku walutowym.

— Po pierwszej interwencji nie doceniliśmy tego, jak bardzo zmieniła się polityka walutowa NBP — przyznaje Mateusz Szczurek, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. Aktywna walka banku centralnego o złotego może zniechęcić spekulantów, ale też rodzi ryzyko, że rynki będą z coraz większą zaciętością sprawdzać determinację NBP do obrony waluty.

— Jeśli sytuacja na świecie będzie spokojna, złoty nie powinien się osłabiać. Jeśli jednak na rynkach zrobi się nerwowo, złoty może przyciągać uwagę kapitału spekulacyjnego i inwestorzy spróbują przełamać obronę NBP — mówi jeden z traderów.

Przejaw takiego nienaturalnego zainteresowania rynków osłabianiem złotego było widać już po poprzedniej interwencji NBP. Przez trzy dni po tej operacji złoty zachowywał się gorzej niż inne waluty regionu — osłabiłsię o 0,7 proc. wobec euro, tymczasem węgierski forint zyskał 0,3 proc., a czeska korona wzmocniła się o 0,8 proc. Później złoty miał lepsze wyniki od konkurencji, ale tylko dzięki operacjom BGK i drugiej interwencji banku centralnego. — Inwestorzy i NBP coraz uważniej patrzą sobie na ręce. Oby nie doszło do ostrej konfrontacji — mówi trader.