Złoty trzyma się na sterydach

Andrzej Arendarski
opublikowano: 20-08-2008, 00:00

Czy okres umacniania się złotego i związanych z tym kłopotów polskich przedsiębiorców to już historia? Patrząc na słabnącą w ostatnich tygodniach polską walutę i optymistyczne tytuły prasowe, wieszczące koniec ery zbyt silnego złotego — można odnieść wrażenie, że problemy przewartościowanej narodowej waluty są za nami, a eksporterzy mogą odetchnąć z ulgą. Jeśli nawet tak jest, nie będzie to oddech zbyt głęboki.

Słabnący złoty to z pewnością pozytywny sygnał dla polskiego biznesu, ale nie oznacza — niestety — końca problemów. Firmy eksportujące, z których wiele stanęło na krawędzi bankructwa, jeszcze długo będą niwelować straty powstałe na skutek rosnącej wartości złotego. Warto przypomnieć, że — jak wynika z danych NBP — od lipca 2007 r. do lipca 2008 r. wartość dolara przeliczona spadła o blisko 70 groszy. W tym samym okresie wartość euro obniżyła się mniej więcej o 50 groszy. Takie straty trudno odrobić przedsię- biorcom w dwa miesiące. Tym bardziej że zagranicznych partnerów niewiele obchodzą walutowe problemy i niechętnie renegocjują niekorzystne dla polskich firm kontrakty.

Problem zresztą dotyka nie tylko eksporterów. W wyniku umacniającego się złotego w tarapaty popadło wiele firm realizujących projekty finansowane z unijnej kasy, gdy się okazało, że wynegocjowane rok wcześniej kontrakty stały się nieopłacalne. Narzekają również rolnicy, którzy boją się, że w ramach unijnych dopłat dostaną mniej złotych za przyznane im przez Brukselę euro.

Trudno się łudzić, że problem wpływu silnego złotego na działalność polskich firm — zwłaszcza małych i średnich, bo duże międzynarodowe koncerny radzą sobie, stosując m.in. odpowiednie ceny transferowe wewnątrz swojej grupy — zniknie z dnia na dzień wraz z lekką korektą kursu. Dopóki nie będzie on trzymany w ryzach, nawet w okresach „słabszego złotego”, pozostanie problem ryzyka walutowego, którego koszty będą musiały ponosić polskie firmy handlujące z państwami Unii Europejskej, tracąc w ten sposób przewagę konkurencyjną.

Doświadczenia gwałtownego wzrostu wartości złotego w ostatnich miesiącach ponownie udowodniły, że rząd powinien jak najszybciej podjąć decyzję o terminie przystąpienia do mechanizmu ERM II, a niedługo potem — do strefy euro. Jeśli nadal będzie z tym zwlekał, to kto wie, czy za kilka tygodni czy też miesięcy polskie firmy znowu nie znajdą się w opałach. Nawet doświadczeni ekonomiści pytani o konkretne prognozy kursu nabierają wody w usta, mówiąc, że przypomina to wróżenie z fusów. Rzeczywiście, zamiast wróżyć — lepiej jak najszybciej podjąć decyzję o wejściu do strefy euro. Przystąpienie do ERM II wyeliminuje wiele problemów wynikających ze zmienności kursu walutowego. Przedsiębiorcy, których działalność opiera się w głównej mierze na wymianie handlowej ze strefą euro, nie będą musieli ciągle śledzić kursów ani też ponosić kosztów ryzyka walutowego.

Eksporterzy, firmy realizujące projekty unijne — zwolenników jak najszybszego wejścia do euro przybywa wraz z siłą złotego. Do tego grona dołączyło ostatnio nawet PSL, które zdało sobie sprawę, że zbyt silny złoty pożera dopłaty dla rolników. W tym pędzie do euro, który w pełni popiera Krajowa Izba Gospodarcza, trzeba tylko pamiętać, że wchodzenie do strefy euro ze złotym przewartościowanym może być niebezpieczne, a kurs konwersji powinien być ustalony na poziomie, który uwzględniałby interesy wielu branż i gałęzi gospodarki. Przecież importerzy z silnego złotego korzystają. Zasadne jest zatem pytanie: jaki powinien być to kurs? Wysoki, niski? A może po prostu najlepszy w tym wypadku byłby złoty środek.

Andrzej Arendarski

prezes Krajowej Izby Gospodarczej

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Arendarski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu