Zmiana ustawy może nie pomóc

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2013-04-03 00:00

Rządowy projekt zniesienia progu 51 proc. udziałów skarbu państwa w Polskich Liniach Lotniczych LOT jest warunkiem koniecznym wytęsknionej prywatyzacji, ale sam w sobie nie rzuca narodowemu przewoźnikowi żadnego koła ratunkowego.

Pragnienia rządu, zarządu zagrożonej firmy oraz sentymentalne marzenia polskich pasażerów o mitycznym inwestorze kierują się ku… innym liniom lotniczym. A czy ktokolwiek słyszał o istnieniu obecnie na świecie zasobnego przewoźnika, mającego wolną kasę do wydania na ratowanie PLL LOT — z jednoczesnym pozostawieniem ich odrębności i dotychczasowego znaku na kadłubach? Pytanie jest czysto retoryczne.

FOT. WM
FOT. WM
None
None

Niebo dawno zostało podzielone między trzy globalne sojusze. Przypominając ich nazwy, jednocześnie przypominam także niektóre czołowe linie z bliskiej Europy, co jest okolicznością o kapitalnym wręcz znaczeniu biznesowym. Star Alliance, do którego należy LOT, na naszym kontynencie działa pod dyktando Lufthansy, a są jeszcze m.in. SAS oraz Turkish Airlines. Oneworld skupia m.in. British Airways i Finnair. Wreszcie SkyTeam, zrzeszający m.in. Air France/KLM, Aerofłot i Czech Airlines. Wyrwanie się naszego przewoźnika ze Star Alliance wchodzi w grę wyłącznie teoretycznie, ponieważ skutkiem byłaby prawdziwa rewolucja w siatce połączeń. W relacjach międzynarodowych LOT w znacznej części zaczynałby po prostu od początku.

Biznesowa logika podpowiada zatem, że spośród przewoźników hipotetycznie możliwy jest inwestor jedynie ze Star Alliance. Czyli krótko mówiąc — w grę wchodziłoby ostateczne przejęcie naszych linii przez Lufthansę, bo wariant turecki to raczej abstrakcja. Dotychczas relacje LOT z wielką siostrą zza zachodniej granicy przypominają stosunki feudalne. Nie chodzi nawet o symbol, gdy mając polski bilet i lecąc polskim samolotem — otrzymuje się przy odprawie (wszędzie poza Polską) żółtą kartę pokładową Lufthansy. Wspólne odprawy to cięcie kosztów, czyli OK. Ale naprawdę szlag może trafić, gdy mile za przeloty na skrzydłach LOT można zrealizować wyłącznie w Lufthansie, na dodatek z obowiązkowym, ekstra płatnym międzylądowaniem w którymś z portów niemieckich. Notabene rozliczenia firmowanych wspólnie przez obie linie połączeń, gdzie LOT jest przewoźnikiem faktycznym, to całkiem odrębny temat. Okryty jest tajemnicą handlową, ale przydałoby się publiczne wyświetlenie, jak realnie wpływa na ogromny deficyt naszych linii w działalności operacyjnej.

Czy w tym tunelu w ogóle możliwe jest dostrzeżenie światełka? Teoretycznie wybawicielem mógłby być jakiś fundusz inwestycyjny, który ustawiłby na rygorystycznie zdrowych podstawach biznesowych nie tylko działalność samych PLL LOT, lecz także… relacje wewnątrz Star Alliance. I tutaj wchodzimy na bardzo grząski grunt. To przekracza kompetencje polskiego skarbu państwa, wychodzi poza granice Unii Europejskiej i dotyka interesów także partnerów zaoceanicznych. Czyli wygląda na to, że zmiana ustawy o LOT może wiele nie pomóc. Cóż, Panam, Swissair czy Sabena też kiedyś były lotniczymi legendami, i to na niezrównanie większą skalę…