Znaczek, zakład, zysk

opublikowano: 26-09-2014, 00:00

Zbigniew Juroszek, prezes Atalu, zbudował mocne firmy na dwóch rynkach: deweloperskim i bukmacherskim. Teraz podbija stawkę i sięga po kapitał z giełdy. I znów mu się uda. Założymy się?

Kolekcjonerzy zwali go „srebrny”. Miał powierzchnię ledwie kilku centymetrów kwadratowych i nie był ani ładny, ani wykonany z kosmicznych lub drogocennych kruszców. Ot, zwykły kawałek papieru z nadrukiem krwistej gwiazdy, chińskich liter i ceny kilkuset juanów. Ale ten znaczek pocztowy, który powstał na potrzeby chińskiego wojska w latach 50., był jednym z fundamentów dobrobytu rodziny, w której pierwsze skrzypce wciąż gra Zbigniew Juroszek. Dziś znakami rozpoznawczymi Juroszków są szykujący się na giełdę deweloperski Atal i bukmacherski lider Star-Typ Sport (STS). Łącznie oba biznesy wyceniane są na ponad 500 mln zł, a jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to ich zyski — tylko w tym roku — dobiją do 100 mln zł, a przychody do około 800 mln zł. Pochodzący z Cieszyna Zbigniew Juroszek od dwóch lat nie jest już w Warszawie postacią anonimową. Wciąż jednak więcej wiadomo o jego firmach niż o nim samym. „PB Weekend” pojechał zatem aż do macierzy prezesa Atalu. Dowiedzieć się czegoś nie tylko o meandrach filatelistyki.

Protoplasta Małysza

Sprawę chińskiego rarytasu wyjaśnia sam gospodarz.

— Srebrny znaczek militarny był unikatem na skalę światową. To próbna seria zachowana jedynie w pięciu egzemplarzach — mówi i dopiero po dłuższej chwili daje się naciągnąć na dokładniejsze wyjaśnienia, które wymagają dłuższego wstępu. Ojciec małego Zbyszka, podobnie jak i dziadek, specjalizuje się w budowlance. Tyle że dziadek Jerzy George Juroszek zaczynał od stawiania kościołów na ziemi cieszyńskiej, a skończył przy budowie drapaczy chmur na Manhattanie, natomiast ojciec postawił na budownictwo jednorodzinne. Zbyszek, jako najstarszy syn, siłą rzeczy uczestniczy w rodzinnym biznesie w czasach PRL.

— Koniec końców prowadziłem dokumentację w firmie ojca. Firmie, która była wrzodem na ówczesnym systemie. Ale nie byłem modelowany na kolejnego budowlańca. Miałem inne plany — mówi 52-letni dziś prezes Atalu, oprowadzając po biurowcu ozdobionym klasycznym polskim malarstwem.

W czasach mocno przedmałyszowych Zbigniew Juroszek pod okiem Leopolda Tajnera planował podbój przestworzy. W Olimpii Goleszów przez kilka sezonów trenował skoki narciarskie. Zaczynał od miejscowych skoczni o punktach konstrukcyjnych na 17. i 30. metrze, ale w tyle głowy była co najmniej Wielka Krokiew.

— To było na serio. Codziennie trening, adrenalina, nie było jeszcze stylu V. Wyniki? Byłem w swoim roczniku na 5-10 miejscu. W pewnym momencie, siedząc na belce na górze skoczni, doszedłem do wniosku, że są lepsi i czas się zająć czymś innym, bo tu przyszłości dla mnie nie ma — wspomina właściciel Atalu. Zrezygnował z adrenaliny na rzecz — pozornie nudnego — szelestu stron w klaserach.

Ambasador daltonista

Przygoda ze znaczkami też była na serio, to — jak zapewnia właściciel STS — nie jest naprędce sklecona historyjka. Także w kontekście finansowym. Zbigniew Juroszek jeździł po Polsce i ościennych krajach, szkoląc się na rzeczoznawcę filatelistyki. Zdobytą wiedzę wykorzystywał podczas handlu znaczkami. Kupował, nakładał marżę i sprzedawał, ale najcenniejsze okazy zostawiał dla siebie. Najcenniejsze, czyli pożądane w wolnym świecie — dzięki informacjom od kolegi z Wiednia wiedział, czego szukają kapitalistyczni pasjonaci. Dzięki „szczęściu” egzystencji w kraju zza żelaznej kurtyny Zbigniew Juroszek miał dostęp do zakazanej dla „inostrańców” części rynku. Znaczki z komunistycznych krajów w przeciwieństwie do tamtejszej elektroniki lub motoryzacji miały renomę na Zachodzie. Cenę podbijał nimb zakazanego owocu i jego niedostępność.

— Najcenniejsze były chińskie znaczki, m.in. z czasów rewolucji kulturalnej. Tego miałem dużo, bo ze względów propagandowych w Polsce pojawiały się takie okazy. Srebrny znaczek kupiłem od dawnego ambasadora Chin i to za cenę wysokonakładowych znaczków militarnych w innych kolorach. Ambasador był przekonany, że srebrny to jedna z podstawowych barw — śmieje się biznesmen.

Okaz wyceniany był wówczas na kilka tysięcy dolarów, dziś to już kilkaset tysięcy „zielonych”. Nic dziwnego, że filatelistyka dawała nie gorszego kopa niż skoki narciarskie. To wtedy hartował się cieszyński przedsiębiorca, to wtedy odłożył setki cennych kwadratowych cegiełek z papieru, gotowych na przełom 89 roku. Gdy upadała komuna, ruszyła kariera z klasera.

Bele z Dubaju

— Wiedziałem, że w znaczkach mam spory kapitał. Zacząłem rozglądać się za biznesem, który miały sfinansować moje zbiory. Wówczas mogło nim być wszystko, bo braki były na każdym kroku. Gotowało się we mnie, by wyjechać w świat, a że trafiłem do Dubaju, to trochę przypadek. Kolega z Berlina rzucił zamysł firmy z branży tekstylnej. No i ruszyło — mówi Zbigniew Juroszek i zastrzega, że zaczęło się od przemyśleń.

Nie marzyła mu się druga Vistula ani Próchnik, chciał szybko pomnażać kapitał, mieć mocną pozycję na rynku. Ani mu się śniło wgryzać się w temat latami, mozolnie dostawiać maszyny. Wychodziło więc na to, że trzeba kupić z marżą i sprzedać z jeszcze wyższym narzutem. Dużo kupić.

— Kalkulowałem, że handel hurtowy tkaniami da wysoki obrót, szybki rozwój. Importowałem dla dziesiątek, setek firm głównie materiały garniturowe, m.in. dla Vistuli i Próchnika. W Dubaju było centrum handlu hurtowego dla producentów z Azji — opisuje cieszynianin. Powstał Atal Textil. Skąd nazwa? Jak to u Zbigniewa Juroszka — z pragmatyki. Miało być krótko i tak, by znaleźć się na pierwszych stronach książki telefonicznej. Skąd kapitał? Z bólem serca sprzedał większość znaczkowej kolekcji. Dzięki temu nie zaczynał od ciułania.

— Nie ruszałem z jedynki, od razu grzałem na czwórce. Zagraniczny kolekcjoner za mój zbiór zapłacił kilkaset tysięcy dolarów. Miałem 27 lat i stawiałem wszytko na jedną kartę — zaznacza przedsiębiorca. Liczyła się szybkość, Atal Textil miał iść taranem przez rynek, korzystając, ile się da, ze wszystkich dostępnych wtedy ulg fiskalnych, m.in. z rocznego zwolnienia z podatku dochodowego i z braku podatku VAT. Zbigniew Juroszek wykazywał się talentem organizacyjnym, wartko spiął cały łańcuch logistyczny i gdy pierwsze bele materiałów dopłynęły do portu w Hamburgu, było pewne, że średnie marże oscylować będą powyżej 50 proc.

— Ruszyłem z tekstyliami z kopyta, tymczasem wielu moich kolegów wciąż analizowało, czy warto w to wchodzić. Oni myśleli, ja działałem — tak Zbigniew Juroszek opisuje swój biznesowy temperament.

Analityk z roweru

Atal w kilkanaście miesięcy wysunął się na pozycję lokalnego lidera. Mnożył przedstawicielstwa i oddziały, także poza granicami

Polski. Co roku przynosił 60 mln zł przychodu, a w latach świetności dorzucał do tego 30 mln zł zysku. Rozrósł się tak, że potrzebował coraz większych siedzib. Po wielu perypetiach doszło do tego, że Zbigniew Juroszek kupił i wyremontował budynek biurowy we Wrocławiu.

— Po prostu z wyliczeń mi wyszło, że dzięki temu będę miał stabilność, nikt znów z dnia na dzień nie rozwiąże umowy najmu — tłumaczy.

Jak to on, zdecydował się bezpośrednio nadzorować cały proces przez spółkę założoną na potrzeby budowy. A że Atal Textil zajął tylko część biurowca, biznesmenowi nie pozostawało nic innego, jak zająć się czymś, co później rynek nazwie komercjalizacją nieruchomości. Zabrało to rok, trochę lekcji odebrał, ale złapał też budowlanego bakcyla. Odezwały się geny przodków.

— Spodobało mi się z tym obiektem przy ul. Krakowskiej we Wrocławiu. Dziś cały proces od kupna przez remont po wynajem wydaje się banalny, ale wtedy to były pionierskie rzeczy na rynku. To był jeszcze czas, gdy szary człowiek wychodził z szarej fabryki i wsiadał do szarego autobusu — obrazowo tłumaczy szef Atalu. Pierwsze inwestycje w biurowce sprzęgły się z ostudzeniem tekstylnego szału. III RP budowała swoje struktury, także te fiskalne, i szukała nowych źródeł finansowania wydatków publicznych. W dodatku śladami Atalu poszło kilka innych prężnych firm, a rozwój lokalnej odzieżówki zatrzymała inwazja zachodnich marek. Siadły marże, wzrosty i entuzjazm.

— W tekstyliach czułem się spełniony, doszliśmy do tych kilku milionów przychodów miesięcznie, ustabilizowaliśmy się na poziomie, którego nie byliśmy w stanie szybko przeskoczyć. Budowlany epizod unaocznił mi rozwój gdzie indziej. Postanowiłem kreować przedsięwzięcie w nowej branży, wykorzystując to, w czym zawsze byłem dobry: chłodną analizę — opowiada Zbigniew Juroszek, który do dziś najlepsze koncepcje składa w głowie, bez Excela, np. podczas rowerowych przejażdżek po wzgórzach nieopodal domu.

Lekcja z kartki

Przez kilka lat Atal wygaszał handel tekstyliami, a napędzał kolejne wygrane w przetargach na grunty i budynki, głównie na wrocławskim rynku. Tu jednak znów dała znać o sobie pewna niecierpliwość Zbigniewa Juroszka, oczekującego szybszego obrotu gotówką i większych zwrotów z inwestycji. Komercjalizacja biurowców oznaczała wiele lat zarabiania, trochę niczym na lokacie w banku. Ale od czego są rowerowe wypady?

— Kolejna ewolucja w Atalu miała miejsce już bez zmiany branży. Weszliśmy w mieszkaniówkę z prostego powodu — tu kapitał z zyskiem wracał w kilka, a nie kilkanaście lat. Wgłębiłem się w mechanizmy rynku i zacząłem budować osiedle we Wrocławiu na 150 mieszkań. No i okazało się, że lekcje dopiero muszę odebrać. Przeszliśmy w tej inwestycji wszystko: problemy techniczne, upadłość podwykonawcy, ale dobrnęliśmy do końca, był sukces, który sfinansowaliśmy sami. Po wsparcie banków poszedłem wkrótce, gdy wyszliśmy do innych miast. Pamiętam pierwszą umowę kredytową — zmieściła się na dwóch kartkach papieru — opowiada przedsiębiorca. W tym samym czasie, na początku XXI wieku, przychodzi do niego człowiek ze spisanym na kilku kartkach projektem, który ma podbić Polskę, ale przynosi straty i to mimo wielomilionowych inwestycji. Ten projekt to bukmacherski Star-Typ Sport.

— Ówczesny właściciel spółki przedstawił projekt intrygująco. Że przejechał z nim całą Polskę i nikt nie chce go tknąć. Pomyślałem: „Oho, albo będzie to krótkie spotkanie, albo długie i owocne, bo zobaczę coś, co przeoczyli inni” — wspomina inwestor.

Euforia w pożarze

W STS zobaczył spółkę z 30 punktami sprzedaży, nierentowną, z rozgrzebanym systemem informatycznym i brakiem wiary w siebie. Ale widział też komplet pozwoleń na działalność bukmacherską, a jako zagorzały kibic piłkarski (za młodu fan wielkiego Górnika Zabrze) czuł, że to propozycja trafiająca w serca mas. Kupił dwie trzecie udziałów, doinwestował. Wypaliło.

— Podbudowałem zespół psychicznie, dałem merytoryczne wsparcie. No i rozwój był tak intensywny, że chwilami była to wręcz euforia. STS został liderem z 40-proc. udziałem w rynku, doszedł do niemal 400 punktów sprzedaży, czerpał zyski wynikające z efektu skali. Wtedy zaczęli krążyć wokół STS zagraniczni inwestorzy. Nie zależało mi jednak na sprzedaży spółki, zarabiałem, miałem apetyt na więcej — opowiada Zbigniew Juroszek. Parol na spółkę zagiął brytyjski Stanleybet International, marzący o światowej ekspansji. Po miesiącach negocjacji, kiedy Zbigniew

Juroszek konsekwentnie podbijał cenę, jego wspólnik był zdeterminowany, żeby sprzedać swoje udziały. Ale Anglicy chcieli mieć kontrolę nad spółką. A to oznaczało, że swoje udziały musiał też sprzedać Zbigniew Juroszek. Przy czym Stanleybet postawił kolejny warunek — jedna trzecia udziałów ma należeć do biznesmena z Cieszyna. — Zgodziłem się na taki układ i to była zła decyzja, której wkrótce miałem pożałować. Choć koniec końców swoje na tym zarobiłem — twierdzi. Za 33 proc. udziałów w STS Stanleybet zapłacił Juroszkowi około 50 mln zł. Świetny interes, tyle że wkrótce nowi udziałowcy postawili cały biznes na głowie. Początkowo mniejszościowy udziałowiec zakładał, że tak powinno być, w końcu nabywca pochodził z kraju o wyższej kulturze biznesowej i długoletniej tradycji bukmacherskiej. Po kilku latach nowych rządów STS z kilkunastu milionów złotych zysku doszedł do milionów strat. A na drugim froncie też się paliło.

(Nie)koniec świata

— Lata 2007 i 2008 wlały w rynek deweloperski przekonanie, że wszyscy będziemy piękni i bogaci aż do końca świata. Tani kredyt z banku, frank po 2 zł, mnóstwo ludzi kupujących całe inwestycje od ręki. Nakręca się walka o grunty, zaczynamy przegrywać przetargi, nie bijemy się na ceny. Co się potem dzieje, wszyscy wiedzą — wspomina inwestor, który w owym czasie wraz z synem cudem bez większego szwanku wyszedł z wypadku helikoptera. Wobec Armagedonu w mieszkaniówce cierpliwość biznesmena kończy się również w bukmacherce. Zbigniew Juroszek wprowadza do zarządu spółki najstarszego syna, jeździ na rozmowy do centrali w Manchesterze. Bezskutecznie. Aż do czasu, gdy Stanleybet przeinwestuje na innych rynkach i przewraca się o własne nogi. Wówczas Zbigniew Juroszek jako jedyny wspólnik STS, który nie ma nad sobą zarządu sądowego, może w brytyjskim sądzie złożyć ofertę przejęcia całości udziałów STS. Kupuje je za niecałe 6 mln zł i w kilka lat, ze wsparciem syna Mateusza, odbudowuje dawną pozycję firmy. Dziś to główny sponsor Lecha Poznań, zarabiający rocznie nawet 15 mln zł przy 400 mln zł przychodów.

— Myślimy o giełdzie, ekspansji w Afryce, na pewno nie zamierzamy pozbywać się kontroli nad naszymi spółkami — doprecyzowuje Zbigniew Juroszek, którego w interesach aktywnie wspiera rodzina: żona i trójka dzieci. Także w Atalu, po debiucie giełdowym, 80 proc. akcji pozostanie w rękach cieszyńskiej familii. Bo tu Zbigniew Juroszek się nie wypalił, tu nie widzi ściany. I jeszcze długo nie zobaczy. Tylko w tym roku spółka sprzeda około 1,5 tys. mieszkań i już się rozgląda za inwestycjami m.in. w czeskiej Pradze.

— Mieszkaniówka ma przed sobą co najmniej 10 lat rozwoju, rynek jest głodny, szczególnie mieszkań 3-pokojowych, dla rodzin. Na takie budownictwo postawiliśmy, 70 proc. mieszkań sprzedajemy z wykończeniem pod klucz, co jest ewenementem na rynku. Bierzemy na siebie ryzyko organizacji całego procesu budowlanego, logistyki, ale też kasujemy za to odpowiednią premię. W gospodarkach takich jak w Polsce praca na niskich marżach to zbyt duże ryzyko — mówi milioner. I zaraz deklaruje, że o emeryturze nie ma mowy. Historia kapitału z chińskiego znaczka wciąż się tworzy. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Polecane