Znany ekonomista ostrzega: Chiny wchodzą w recesję

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2023-07-11 20:00

Wysoki dług sprawi, że chińskie firmy nie będą chciały inwestować, a to wpędzi drugą co do wielkości gospodarkę świata w tzw. recesję bilansową. W tej przepowiedni nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie wypowiedział jej Richard Koo, główny ekonomista banku Nomura, który zasłynął analizami przyczyn japońskiej stagnacji z lat 90.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Scenariusz chińskiej recesji jest obecnie uważnie analizowany przez wielu ekspertów i decydentów, ponieważ Chiny mają wysokie zadłużenie, rozczarowujący wzrost gospodarczy i stoją na granicy deflacji. To warunki zbliżone do panujących w Japonii na początku lat 90 ubiegłego wieku.

Ostanie dane pokazały, że inflacja konsumencka w Chinach wynosi 0 proc. Można by pomyśleć, że to świetna wiadomość, w końcu wysoka inflacja jest obecnie największym wyzwaniem ekonomicznym dla krajów rozwiniętych. Chiny jej uniknęły. A jednak może się okazać, że deflacja (która w przemyśle w Chinach już panuje) jest gorsza niż inflacja dla kraju, który ma bardzo wysoki dług. W Chinach zadłużenie sektora prywatnego wynosi 220 proc. w relacji do PKB. Dla porównania średnia dla świata to 153 proc.

Sam w sobie wysoki dług nie musi być dla kraju dewastujący. Jednak w połączeniu z kilkoma innymi czynnikami może tworzyć duszącą mieszankę, którą w ekonomii nazwano recesją bilansową. Oprócz długu ważnym elementem jest pogorszenie w trendzie wzrostu gospodarczego oraz spadek cen. W takiej sytuacji nominalne zadłużenie zaczyna samoistnie rosnąć w relacji do przychodów, co prowadzi z kolei przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe do zwiększania oszczędności i redukowania inwestycji. W ten sposób nakręca się recesyjny i deflacyjny cykl, który przerwać może tylko silna stymulacja fiskalna.

Ta teoria jest często przywoływana dla wyjaśnienia recesji i stagnacji, w jaką wpadła Japonia w latach 90. XX wieku. Do lat 80. kraj ten rozwijał się w średnim tempie 4 proc. (PKB na głowę mieszkańca) i powszechne były oczekiwania, że szybko stanie się największą gospodarką świata. Kryzys zadłużeniowy przerwał to pasmo sukcesów i uwięził Japonię na relatywnie niskim w stosunku do USA poziomie rozwoju. W latach 90. wzrost gospodarczy obniżył się do 1 proc., a w kolejnej dekadzie – zaledwie 0,5 proc. PKB na głowę obniżył się z 80 proc. w relacji do USA na początku lat 90. do niewiele ponad 60 proc. obecnie. Do dziś trwają debaty, skąd wzięła się japońska stagnacja. Ekonomiści, tacy jak Richard Koo, uważają, że jej źródłem była niezdolność rządu i banku centralnego do dostatecznego podniesienia popytu w gospodarce i inflacji. Koo twierdzi (w wywiadzie dla Bloomberga), że to samo czeka dziś Chiny. Firmy pod ciężarem wysokiego długu i gorszych perspektyw przychodowych nie chcą pożyczać, a to wpędza gospodarkę w stagnację.

Chiny mają wiele punktów stycznych z Japonią sprzed 30 lat. Wysoki dług, bankructwa w sektorze deweloperskim, niska inflacja, rozczarowujący wzrost gospodarczy, początek recesji demograficznej. Jest jeszcze jedno istotne podobieństwo – oparcie rozwoju głównie na eksporcie, bez zdolności pobudzania popytu wewnętrznego. Tymczasem chęć i zdolność świata do absorbcji chińskiego eksportu zaczyna się słabnąć.

Jednak są też czynniki, które różnią dzisiejsze Chiny od Japonii z przeszłości. Przede wszystkim jest to kraj wyraźnie biedniejszy, a więc mający większy potencjał nadganiania. Jest to też kraj zarządzany autorytarnie, co zapewne utrudnia innowacje, ale może ułatwiać rozwiązywanie problemów z długiem. Wreszcie, na co wskazuje sam Koo, chińscy decydenci rozumieją naturę problemu - w przeciwieństwie do japońskich decydentów sprzed 30 lat.

Dla nas korzyść z jest taka, że Chiny eksportują swoją deflację w świat – poprzez niższe ceny towarów przemysłowych i surowców. To ułatwia obniżanie inflacji u nas. A co dalej z Chinami? Zobaczymy.