Zrobieni w opał

Adrian Chimiak
opublikowano: 2006-07-18 00:00

Handel paliwami to pewny interes. A dokładniej — to kiedyś był pewny interes.

Zaczynał od założenia prywatnej szkoły jazdy, ale ta praca go znudziła.

— Ciągle mnie nosiło, chciałem czegoś dokonać, a czasy sprzyjały przedsiębiorczym. Nawet nie potrafię sobie przypomnieć, dlaczego wybrałem branżę paliwową. Chyba czułem, że mogę na tym zarobić — wspomina Janusz Kisielewski, właściciel Petromeksu.

W 1990 r. pojechał na pobliskie złomowisko i kupił starą cysternę. Wyremontował auto i zatrudnił kierowcę. Zaczęli od oleju napędowego. Jeździli po paliwo do Płocka, wracali na Opolszczyznę i podjeżdżali pod bramy przedsiębiorstw. W pierwszych miesiącach zdobyli czworo klientów.

— Zanim doszliśmy do 40 mln zł obrotów (2005 r.), musieliśmy wyrobić sobie markę. Dziś mamy klientów, którzy są z nami od kilkunastu lat — mówi biznesmen.

W połowie lat 90. Petromex rozpoczął handel olejem opałowym. W tym czasie mieszkańcy domów jednorodzinnych zaczęli masową wymianę starych kotłów na węgiel na nowoczesne piece na olej opałowy. Również firmy, kuszone atrakcyjnymi kredytami, przechodziły na proekologiczne ogrzewanie.

— Litr oleju opałowego kosztował wtedy 68 groszy. Szkoły i szpitale pozbywały się lokalnych kotłowni, zamieniając je na niewielkie pomieszczenia z wygodnymi, sterowanymi komputerami, przyjaznymi środowisku piecami. Zacieraliśmy ręce — opowiada Janusz Kisielewski.

Państwo straszy klienta

Sprzedaż oleju opałowego zaczęła znacząco maleć od 2003 r., w miarę jak rosły ceny. W Petromeksie zmniejszono zatrudnienie do 20 osób (wcześniej dochodziło do 30), wydzielono trzy działy: handel paliwami, w tym olejem opałowym, handel olejami i smarami oraz skup olejów przepracowanych. Okazało się, że najmniej podatne na zmiany na rynku jest przyjmowanie przepracowanych smarów i olejów.

— Niestety, brak umiaru państwa w zwiększaniu obciążeń podatkowych na olej opałowy oraz ciągłe straszenie wyrównaniem akcyzy z akcyzą na olej napędowy spowodowały odwrót od nowoczesnego ogrzewania — żali się przedsiębiorca.

Cena litra oleju opałowego oscyluje w okolicach 2,60 zł i ostatnio rośnie. Zbiornik na placu jest prawie pusty. 12 cystern o pojemności od 5 tys. do 36 tys. litrów zaopatruje się na bieżąco w bazach Orlenu we Wrocławiu i województwie śląskim.

— Nie ma potrzeby magazynowania paliwa. Jeśli rząd wprowadzi zapowiadaną drastyczną podwyżkę akcyzy na ten rodzaj materiału grzewczego, to odpadnie nam sporo klientów, głównie tych, dla których nie przewidziano zwrotu akcyzy — szacuje właściciel Petromeksu.

Innym rodzajem działalności, której firma już nie prowadzi, było dzierżawienie stacji benzynowych. Zła opinia, jaką zyskały małe prywatne punkty sprzedaży paliw, oraz ekspansja dużych koncernów paliwowych spowodowały wycofanie się Petromeksu z tego rynku.

— Ich stacje są ogromne, doskonale wyposażone, mają piękne wzornictwo, wokół znajduje się cały kompleks usług, od myjki przez bar, nawet do warsztatu. Nie moglibyśmy z nimi konkurować — mówi Janusz Kisielewski.

Dzisiaj firma dowozi paliwa przedsiębiorstwom, które mają stacje benzynowe na własne potrzeby.

Lubię ruch

Trzeci filar działalności firmy to skup olejów i smarów przepracowanych.

— Wystarczy telefon i jesteśmy na miejscu. Ciężarówka z beczką o pojemności 5200 litrów podjeżdża i wysysa stary olej do ostatniej kropelki. Możemy go wyciągnąć nawet z tej szklanki — pokazuje Kisielewski.

Zużyty, przepracowany olej wywożony jest do rafinerii w Jedliczach i w Jaśle.

— Nie dodajemy niczego do paliw. Mogłoby to chwilowo zwiększyć zysk, ale skończyłoby się tak jak dla wielu pseudobiznesmenów. A jaki wstyd! No i stracilibyśmy na zawsze autoryzację Orlenu. Nie po to pracowałem na markę przez 16 lat — zastrzega właściciel Petromeksu.

Nie wolno mu również poprawiać właściwości oferowanych paliw.

— Dobrego oleju opałowego od „chrzczonego” nie można odróżnić na oko. To wychodzi dopiero w zimie. Gdy oleju schodzi zbyt dużo lub gdy po jego spaleniu zostaje sporo popiołu, to oznacza, że był słabej jakości — tłumaczy przedsiębiorca.

Nie rozumie ludzi wlewających olej opałowy do baków. Wsiadamy do jego kilkuletniego BMW. Biznesmen chętnie korzysta z pedału gazu. Benzyniak.

— Lubię ruch. Często jeżdżę na lotnisko opolskiego aeroklubu. Stoję i patrzę, jak inni latają. Zabrakło mi kilka godzin i sam zostałbym pilotem. Zdrowie nie pozwoliło. Ale zabierają mnie ze sobą koledzy — zwierza się Kisielewski.

Jego prawdziwą pasją są konie. Niemal każde popołudnie spędza z córką w stadninie. Dwa piękne okazy goszczą u trenera.

— Należą do córki. Jest zawodniczką miejscowej Ostrogi Opole. Patrzę, jak pędzi dzięki sile mięśni zwierzęcia. To jest alternatywna energia. Akurat dla mnie — oznajmia Janusz Kisielewski.