Konieczność czynnego udziału polskich żołnierzy w wojnie przeciwko terroryzmowi jest prawdą niełatwo przebijającą się do świadomości społecznej. Wygląda jednak na to, że historyczne wspomnienie niechęci zachodnich aliantów do „umierania za Gdańsk” — i straszliwych następstw takiej postawy — zdecydowanie przeważa szalę ocen Polaków na TAK.
Oprócz moralnego, wyprawa do Afganistanu ma jednak aspekt materialny. Opory z nim związane przyjdzie rządowi pokonać znacznie trudniej. Przypomnijmy, iż wśród zablokowanych 23 października kwot wydatków w poszczególnych częściach budżetu państwa na rok 2001 znalazł się oczywiście i dział „obrona narodowa”. Zatrzymano mu aż 951,5 mln zł, co było kwotą zdecydowanie najwyższą ze wszystkich resortów (nic dziwnego, ponieważ MON jest — nie licząc ZUS — dysponentem największej części budżetu). W przygotowywanej powtórnej nowelizacji tegorocznego budżetu wszystkie już zablokowane wydatki po prostu znikną. W tej sytuacji wydanie 30 mln zł na afgańską potrzebę z rezerwy ogólnej jest naprawdę decyzją strategiczną, budżetowo zaś — heroiczną.
Nędza polskiej armii w roku 2001 osiągnęła takie dno, o jakim społeczeństwo nie ma zielonego pojęcia. Podajemy przykład tak wstydliwy, że aż trudno w niego uwierzyć — ale to najprawdziwsza prawda. Oto 11 listopada, podczas uroczystości z okazji Święta Niepodległości, kompania honorowa wystawiona przez pokazową jednostkę bojową, czyli 1 Warszawską Brygadę Pancerną im. Tadeusza Kościuszki, po apelu poległych nie mogła oddać salwy honorowej, bo po prostu... zabrakło jej amunicji!
Kilka dni temu Janusz Zemke, sekretarz stanu w MON, uspokajał w telewizji społeczeństwo, iż „do Afganistanu z całą pewnością nie pojadą żołnierze służby CZYNNEJ”. Czyli kto — przeniesieni do rezerwy? W stan spoczynku? A może kategoria zdrowia E? Nawet nie śmiemy przypuszczać, by pierwszy wiceminister obrony państwa należącego do NATO publicznie mówił brednie i pomylił służbę zasadniczą z czynną...
Eureka! Ponieważ żołnierze rezerwy są grupą statystycznie dużo lepiej sytuowaną materialnie od tych ze służby czynnej — zasadniczej, nadterminowej, a chyba i zawodowej — zatem ogłoszenie wśród nich zaciągu ochotniczego zdecydowanie podratowałoby budżet MON. Pod jednym warunkiem — że sami by się wyekwipowali, łącznie z kupieniem kulek. Dla prostego podchorążego rezerwy z redakcji „PB” nie stanowiłoby to najmniejszego problemu — na Stadion Dziesięciolecia mamy kilka minut pieszo...