Nie wiadomo, jak zagra polska reprezentacja na mundialu. Ale już można powiedzieć, kto się skompromituje - uważa "Gazeta Wyborcza". Będzie to resort finansów ograny przez internetowych bukmacherów.
Jeśli Polska zostanie mistrzem świata w piłce nożnej, ci którzy dziś w to wierzą mogą dobrze zarobić. Wystarczy, że wejdą do internetu i zaryzykują. Np. portal bukmacherski Betandwin wypłaci im po mistrzostwach 126 zł za każdą postawiona złotówkę.
Mundial to czas żniw dla firm oferujących zakłady sportowe. Dlatego do gry u internetowych bukmacherów zachęcają od kilku tygodni liczne billboardy w wielu miastach Polski. "Z nami na pewno będziesz w finale mistrzostw świata" - obiecują reklamy portalu bet-at-home. Całostronicowa reklama firmy Sportingbet w "Playboyu" sugeruje, że wyniki naszej reprezentacji obstawia tam ponad 198 tys. graczy - czytamy w dzienniku.
"Twarzami" bukmacherów zostają najlepsi polscy piłkarze. Ruszyła kampania reklamowa portalu bukmacherskiego bet24, w której do zakładów zachęca najlepszy polski napastnik Maciej Żurawski. Ma być mnóstwo billboardów, reklamy na autobusach, w rozgłośniach radiowych, a nawet na Pałacu Kultury.
Co w tym dziwnego? To, że z punktu widzenia polskiego prawa wszyscy internetowi bukmacherzy działają nielegalnie. Po pierwsze, nie mają wymaganej ustawowo licencji. Po drugie - i tak nie mogliby jej dostać, bo polskie przepisy nie przewidują gry w sieci. Kiedy w 2000 r. uchwalano ustawę o grach i zakładach, nikt nie pomyślał o hazardzie przez internet.
W dodatku - pisze "Gazeta Wyborcza" - w naszym kraju obowiązuje zakaz reklamy takich rozrywek, chociaż za jego złamanie nie grozi żadna kara.