Żyć pełnią szycia

Marta Nowicka
opublikowano: 2005-10-31 00:00

Młodzieńcza pasja Adama Mality przekształciła się w prosperujący biznes. Starczyło trochę chęci i maszyna do szycia rodzimej produkcji.

Adam Malita z Pawłem Korbą znali się od dawna. Kiedyś razem jeździli na deskorolkach, jednak luksusy, z jakich korzystają dziś ich następcy, wtedy były im obce. Przed 1994 r. skateshopy (sklepy z ubraniami dla deskorolkowców) było w Polsce policzyć na palcach jednej ręki, a jeśli już się taki znalazło, żal było wydać grube pieniądze na odzież z Zachodu. Żadna polska firma po prostu nie zajmowała się produkcją tego typu ubrań. Kumple postanowili uszyć je sobie sami.

— Dostałem wtedy od rodziców pieniądze na urodziny — na dziś to by było jakieś 150 zł. Sam miałem swoje oszczędności, około 50 zł. Kupiłem maszynę do szycia firmy Łucznik i powiedziałem dziewczynie, żeby nauczyła się szyć — opowiada Adam Malita, współwłaściciel Uniform Dystrybucja.

Beata, teraz żona Adama Mality i współwłaścicielka spółki, poszła do sklepu i kupiła kilka egzemplarzy „Burdy”. Na podstawie wykrojów i instrukcji uczyła się, jak na przykład wszyć suwak w spodnie. Pomysłowi kumple zabrali się do projektowania wzorów.

Koty za płoty

Pierwsze egzemplarze ubrań w zasadzie do niczego się nie nadawały.

— W koszuli nie schodził się kołnierzyk, zestawienie kolorystyczne czerwieni i fioletu w drelichowych spodniach okazało się złym posunięciem. Ale praktyka czyni mistrza — nie poddawaliśmy się i ćwiczyliśmy dalej — mówi Adam Malita.

Na początku szyli tylko dla siebie, szybko jednak zaczęły spływać zamówienia od znajomych. A skoro był popyt, to czemu nie rozpocząć produkcji na szerszy rynek? Adam z Pawłem wymyślili nazwę marki (teraz już nie pamiętają, jaką) i zaczęli szukać sposobu na sprzedaż. Jedyną możliwością było wykorzystanie już istniejących punktów dystrybucji, krótko mówiąc, wstawianie uszytych ubrań do stołecznych sklepów dla skate’owców.

— Urządziliśmy sobie wycieczkę krajoznawczą po Warszawie. W pierwszym sklepie, który odwiedziliśmy, nie chcieli naszych ubrań. Pojechaliśmy do BIM. Właścicielka dobrodusznie przyjęła kolekcję. Na próbę — opowiada Adam Malita.

Było lato, przedsiębiorcy in spe popłynęli w rejs. Po paru tygodniach wakacji postanowili dowiedzieć się, jak idą interesy. Pojechali do sklepu.

— Ogromnie się denerwowałem, ze strachu zostałem w samochodzie. Żona sama poszła spytać, ile ubrań się sprzedało. Jak wróciła, powiedziała, że klienci wykupili cały towar, a właścicielka złożyła kolejne zamówienie — dodaje Adam Malita.

Nowa twarz

Ceny dużo niższe od cen amerykańskich odpowiedników wywołały prawdziwy boom zakupowy wśród młodej klienteli. Firma zarejestrowała działalność i szyła coraz więcej.

— Muszę przyznać, że ktoś kupił spodnie, które uszyłem ja sam. Żona pomogła mi wszyć suwak — wspomina Adam Malita.

Firma zaczęła się rozrastać — zyskała też nowy wizerunek i nazwę — Malita. Ta szybko zapadła w pamięć polskich deskorolkowców. Wpisała się w zamknięte środowisko, ale brakowało jej jednego — twarzy.

— Dogadałem się ze Słonikiem, kolegą z Poznania. Zaczęliśmy szukać ludzi jeżdżących na deskorolkach. I wybraliśmy Team — ekipę młodych zdolnych, którzy mieli stworzyć godną reprezentację marki — opowiada Adam Malita.

Zasada była prosta — Malita daje ubrania, organizuje wyjazdy na zawody, obozy i pomaga zdobyć sponsora na sprzęt, a Team bierze udział w zawodach i promuje firmę.

— Od lat ci młodzi ludzie pomagają nam w rozwoju i jestem im za to ogromnie wdzięczny — przyznaje Adam Malita.

Na Zachód

Od tego czasu wiele się zmieniło. Mała firma dalej projektuje ubrania, lecz już sama ich nie szyje. Aby utrzymać kontrolę i jakość, przerzuciła produkcję do Łodzi, do podwykonawców. W latach 2003 i 2004 doszły kolejne marki, które Adam Malita stworzył we współpracy z kolegami: Fenix Athletico — dla hiphopowców, Teknik — z ubraniami dla snowboardowców i Empire — oferujące czysto deskorolkowe ciuchy w klimacie punk i hard-core. W warszawskim Rembertowie stanęła nowa siedziba przedsiębiorstwa, a w niej firmowy sklep. Nazwa Malita pozostała na ubraniach, jednak spółka przemianowała się na Uniform Dystrybucja. Ma dwa własne sklepy w Warszawie — w Arkadii i Centrum Handlowym Wileńska. Reklamuje się w pismach branżowych, takich jak „Info Magazyn”, sponsoruje zawody deskorolkowe, snowboardowe i koncerty. Blisko 10 proc. produkcji wysyła do Norwegii, Holandii, Anglii, Francji, Niemiec, Czech, na Ukrainę i Słowację.

— Chcemy zwiększyć dostawy na niemiecki rynek. Jest dwukrotnie większy od krajowego. Prowadzimy już rozmowy z jednym z dystrybutorów — mówi Adam Malita.