Życie na podsłuchu to nie tylko historia

Jacek Zalewski
opublikowano: 05-02-2010, 00:00

Wielogodzinne przesłuchanie świadka Donalda Tuska przez hazardową komisję śledczą niewiele posunęło ją do odkrycia prawdy. Największym konkretem jawi się potwierdzenie przez premiera, że sam termin "afera hazardowa" jest zasadny. Co prawda według Tuska trafniejsza byłaby "sprawa hazardowa", ale nie będzie się kłócił o słowa.

Wysiłki zjednoczonych śledczych Prawa i Sprawiedliwości oraz Sojuszu Lewicy Demokratycznej prowadziły do usidlenia Donalda Tuska i udowodnienia świadkowi (to prawna anomalia, ale zarazem praktyka komisji śledczej), że to właśnie od niego nastąpił w sierpniu przeciek informacji o operacji Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Nie tylko zestawienie terminów z zachowaniami ludzi PO, ale zwykła logika funkcjonowania klasy politycznej na to wskazuje — ale udowodnienie takiego zarzutu jest po prostu niewykonalne. Pomieszczenia Kancelarii Prezesa Rady Ministrów były jednak poza zasięgiem podsłuchów CBA.

Ekipa Platformy Obywatelskiej z kolei dyskredytowała Mariusza Kamińskiego, podkreślając na przykład kompromitujący poziom zabezpieczenia informacji niejawnych w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym. Sięgała również do praktyk poprzednich ekip rządowych. Rzeczywiście, analizując losy różnych ustaw hazardowych dochodzi się do wniosku, że afery nie wybuchały wówczas tylko dlatego, iż… CBA nie zakładało podsłuchów, bo... nie istniało. Stąd przyszedł mi do głowy generalny wniosek zapisany w tytule, nawiązujący do pamiętnego filmu o praktykach Stasi w byłej NRD.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane