Andrzej Duda w czwartek przemówił w krynickiej pijalni bezpośrednio, a nie np. z ekranu, przychylając się do prośby… ojca. Jan Duda jest przewodniczącym sejmiku wojewódzkiego, zaś samorząd Małopolski niezwykle ambicjonalnie podszedł do odtworzenia biznesowo-polityczno-naukowo-medialnego eventu w Krynicy-Zdroju, który poprzedni organizatorzy po trzech dekadach przenieśli od 2020 r. do Karpacza.
Wystąpienie prezydenta z naturalnych powodów było wielowątkowe. Jednym z głównych tematów była wojna napastnicza Rosji z Ukrainą. Andrzej Duda przyznał, że się jej nie spodziewał, co jednak trochę zastanawia, albowiem głowa państwa codziennie otrzymuje tajne raporty Agencji Wywiadu… Z wielu odniesień do sytuacji gospodarczej wyłowiłem natomiast informację powszechnie znaną, ale w ustach prezydenta zyskującą pieczęć państwową. Potwierdził, że przede wszystkim w okresie walki z pandemią po prostu sypnięto na rynek kilkaset miliardów złotych. Inna sprawa, jak zostały przez firmy wykorzystane. Andrzej Duda postawił pytanie – czy gorsza jest inflacja 17 proc., czy bezrobocie 17 proc. i spośród tych dwóch plag za zdecydowanie mniejsze zło uznał inflację.
Właściwie to żadna sensacja, potwierdzenie generalnej polityki społeczno-gospodarczej PiS. Ale uwzględniając bardzo bliskie relacje prezydenta z Adamem Glapińskim, prezesem NBP, warto jednak krynickie wystąpienie zapamiętać. Już dawno temu w jednym z komentarzy postawiłem tezę, że putinflacja stoi w Polsce w jednym domu z glapinflacją. Wtedy szacowałem ich udział w zsumowanym wskaźniku mniej więcej pół na pół, ta proporcja raczej się nie zmieniła. Od czwartku dla uzasadnienia tezy mam już podpórkę od głowy państwa.

