6 kłamstewek neofity

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2013-01-25 00:00

Bywa, że ręce opadają. Bywa, że drżą i się pocą. A gdy człowiek palenie srzuca, to wszystko na raz. I wyrazy się cisną. Ale nie ma tego złego…

Stało się! Ja, wojownik o równouprawnienie palaczy, buntownik palący w miejscach zakazanych, orędownik tytoniowej wolności i świadomie łamiący hotelowe zakazy wywrotowiec, rzuciłem palenie. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile rzucanie palenia ma wspólnego z Infiniti!

— Dlaczego palisz papierosy? — Bo lubię! — Serio?! — Tak! To odpręża. Poza tym jest bardzo przyjemne! — A gdybyś mógł cofnąć się w czasie. Do chwili, w której nie paliłeś. Zacząłbyś jeszcze raz? — Nigdy!

— To po co to gadanie o odprężaniu? No właśnie, po co? Dla zracjonalizowania palenia. Traktowania go nie jak nałogu, ale jak zasłużonej przyjemności.

Słowem, łatwiej jest. Wiem, bo przez 17 lat racjonalizowałem każdego papierosa. Przestałem, bo mi się znudziło? Nie. Przestałem, bo nie palić też jest fajnie. Po co to neofickie gadanie? Dla obudzenia w czytelnikach emocji koniecznych, by zrozumieli, czym na polskich drogach jest Infiniti. Niby wszyscy wiedzą, większość widziała, ale mało kto pomyśli, że sam by mógł.

Duch wujka Sama

To Amerykanom świat zawdzięcza Infiniti. Choć marka jest japońska (należy do Nissana), to gdyby nie zjadacze hamburgerów, nigdy by nie powstała. Podobnie jak Lexus dla Toyoty, tak marka Infiniti miała — w zamyśle — wyrwać dla Nissana spory kawałek luksusowego amerykańskiego tortu. Dziś ma wyrywać kawałki z luksusowego tortu wszędzie, gdzie się da. Również w Polsce. A jednym z modeli, który ma nas do Infiniti przekonać, jest FX30d. Samochód groteskowy, egzotyczny i wyjątkowy. Właśnie przed nim stoję i zastanawiam się, dlaczego tak długo nie chciałem go bliżej poznać. Zawsze było coś ważniejszego (Audi), nie cierpiącego zwłoki (BMW) albo dawno nie widzianego (Lexus). Infiniti krążyło w spisie pomysłów do zrealizowania, odkąd pamiętam. Zawsze jednak było nam nie po drodze.

To zupełnie jak, nie przymierzając, z moim rzucaniem palenia. Skoro swoje już wypaliłem, pora poznać i Infiniti. Poznaję. I jeszcze jedno, zanim wsiądę: FX to wielki SUV, na wielkich 20-calowych kołach. O nieco cofniętej kabinie, by dać miejsce do popisu narożnym przetłoczeniom i wydatnym obłościom nieco przesadnie długiej maski.

Małe światła i wielki, pełen amerykańskiego blichtru, grill. Niby nie ma złudzeń. Niby od razu widać, że to japoński styl. Ale widać też domieszkę detali mających przekonać wielbicieli chromu, rozmiaru i skóry. Nie ma wątpliwości, że auto miało kupić Amerykanów (znaczy, Amerykanie mieli kupować auto). Warto jednak podkreślić, że przy okazji kupiło i naszych rodaków. I to wcale nie dieslem. Bowiem przed 2008 r., kiedy marka nie była jeszcze obecna na Starym Kontynencie (czytaj: w ofercie nie było diesla), drugim najczęściej ściąganym modelem ze Stanów Zjednoczonych był właśnie FX — pierwszym był Ford Mustang. Słowem, Europejczycy pokochali auto, które Japończycy stworzyli z myślą o Amerykanach.

Oszukać zmysły

Wsiadam. Zanim jeszcze włączę silnik, przekonuję się, w jakie auto zapatrzyli się w dzieciństwie konstruktorzy FX-a. Wydatne przetłoczenia na masce jednoznacznie się kojarzą z kultowymi pojazdami sportowymi od Ferdynanda P. W środku auto — podobnie jak z zewnątrz — powala i lekko onieśmiela. Po tygodniu z FX-em wiem, że to onieśmielenie nie mija.

Chociaż samochód oszukuje kierowcę na każdym kroku. Kłamie jak najęty. Bez przerwy. Ale to oszukiwanie jest największą zaletą tego modelu. Od początku. Kłamstwo pierwsze. Wsiadłem do SUV-a. Wysiadłem z Buggy. Rano w garażu stało auto sportowe. Wielowątkowość wzornictwa FX-a powoduje, że zależnie od detalu, na którym skupisz uwagę, dostrzeżesz zupełnie inne linie. Całość jednak prezentuje się nie jak groch z kapustą, lecz jak stylowy kolaż.

Czegoś takiego u europejskich projektantów nie doświadczysz. Kłamstwo drugie. Niby mam SUV-a. Ale jak nim podróżuję, wciąż o tym zapominam. Tylko wysoka pozycja o tym mi przypomina. Cała reszta dba, bym zapomniał o wysoko umieszczonym środku ciężkości i większym prześwicie. Bym poczuł się jak w sportowym bolidzie, a nie w bulwarowej pseudoterenówce. Kłamstwo trzecie. Testowany przeze mnie egzemplarz jest napędzany przez silnik diesla.

Ale po głosie go nie poznacie. Wyciszenie kabiny wespół z rodzajem silnika (o tym za chwilę) powoduje, że dźwiękowej kultury pracy pozazdrościć mu może niejeden benzynowy brat.

Kłamstwo czwarte. Cena. Nie mogłem uwierzyć, że nieziemsko wyposażony egzemplarz, którym miałem okazję podróżować, jest tańszy — i to zasadniczo — od konkurencji z Europy. Kurczę. Lubię być tak oszukiwany.

Serce nieskończoności

Infiniti (nazwa od Infinity — ang. nieskończoność) od zawsze napędzały potężne widlaste jednostki benzynowe. Ale że Europa rozkochana jest w dieslu, „moje” auto napędza takowy. To dobrze znany silnik V6, zbudowany wspólnie z firmą Renault. Ma pojemność trzech litrów i turbinę o zmiennej geometrii. Moc — 238 KM, 550 Nm momentu obrotowego i powalające efekty dźwiękowe. Mocą nie powala, ale za sprawą wysokości momentu powoduje, że FX sprawia wrażenie leciutkiego kompakcika. Przyspiesza w przemiłym dla ucha, zupełnie niewysokoprężnym akompaniamencie motoru. Bez wysiłku. Nieważne, którą wersję FX-a wybierzemy, auto ma zawsze siedmiobiegowy automat.

Ukłon w stronę Amerykanów, powiecie? I pewnie będziecie mieli rację, ale od kilku dobrych lat także europejscy klienci potrafią docenić dobrą przekładnię automatyczną. Tej z FX-a nie docenią. Jest wolna i bezapelacyjnie stanowi najsłabszy punkt programu. Automat FX-a nie potrafi żonglować biegami z europejską gracją, ale — jak zapewnia producent — potrafi uczyć się stylu jazdy kierowcy. Podobnopo pewnym czasie dostosuje się do nas. Nie zauważyłem — kłamstwo szóste.

Sytuację ratują (ale nie przyspieszają auta) łopatki do zmiany przełożeń przy kierownicy. Natomiast zawieszenie i układ kierowniczy to majstersztyki. Do spółki (jako element kłamstwa drugiego) sprawiają — z ogromną skutecznością — że auto prowadzi się jak niski sportowy, a nie wysoki rodzinny samochód. Na pochwałę zasługuje również układ hamulcowy.

FX wytraca prędkość równie skutecznie, jak przyspiesza. A czego mu brakuje? Przestronnego bagażnika, na przykład skromnych 410 litrów. W ogóle, jak na auto mierzące ponad 4,8 metra, jest tu dość ciasno. To cena powalającej aparycji. A skoro już przy cenie jesteśmy. Podstawowe Infiniti z dieslem kosztuje 270 tys. zł. Do konkurencji bez 300 tys. nawet nie zaglądaj.

Głupia nazwa

Warto przestać palić? Bezapelacyjnie. Warto też ten stan utrzymać. Warto poznać Infiniti FX? Owszem. A utrzymać? Jako wolny od tytoniu neofita uważam, że tak. Ale neoficie naprawdę niewiele trzeba. Oprę się więc na poszlakach. Muskularna sylwetka FX-a klientom bardzo się podoba i wciąż jest najmocniejszym argumentem, by zamiast sztampowych nudnych SUV-ów niemieckiej konkurencji wybrać nietuzinkowe auto z Kraju Kwitnącej Wiśni. Niższa niż u konkurencji cena, idąca w parze z bogatym seryjnym wyposażeniem, może być kolejnym atutem. Tylko nazwa mierzi mnie jak nikotynowa tęsknota. Nieskończoność! Głupie to, pomyślałem, trzaskając drzwiami od prywatnej leśnika plejady (Subaru Forester). &