W ogólnej opinii branżowej, nabrzmiewający konflikt ministra zdrowia Marka Balickiego z prezesem NFZ Jerzym Millerem ma podłoże niemerytoryczne i w oczywisty sposób wpisuje się w kampanię wyborczą. Jego istotę stanowi przerzucanie się obu panów odpowiedzialnością za zapaść finansową publicznej służby zdrowia. Miesiąc temu minister wykonał pierwszy mocny ruch, potrącając preze- sowi miesięczną pensję. W poniedziałek Marek Balicki unieważnił starą uchwałę Rady NFZ o możliwości lokowania przez fundusz pieniędzy w bonach skarbowych. Wreszcie wczoraj zawnioskował do Rady NFZ o odwołanie Jerzego Millera ze stanowiska — który to wniosek przypuszczalnie nie zostanie przyjęty.
Jako pacjenci nie mamy, na naszą zgubę, szczęścia do systemu finansowania służby zdrowia, niezależnie od jego przemian organizacyjnych oraz karuzeli kadrowej. Najnowszym wątkiem wojenki Ministerstwa Zdrowia z Narodowym Funduszem Zdrowia jest różnica zdań, czy NFZ może być graczem na rynku finansowym i prowadzić na nim samodzielnie operacje, czy tylko zwyczajnym przekaźnikiem, zbierającym pieniądze ze składek i rozdzielającym je pomiędzy szpitale i przychodnie. Balicki zarzuca Millerowi, że ze względów ambicjonalnych postanowił stać się graczem kapitałowym i dlatego ściubi na koncie NFZ pieniądze, zamiast wydawać je na świadczenia — między innymi na terapie onkologiczne.
Trochę światła na rzeczywisty obieg pieniędzy służby zdrowia — przypomnijmy, że NFZ jest dysponentem gigantycznej wręcz kwoty 30 mld złotych rocznie — powinna rzucić kompleksowa kontrola zapowiedziana przez NIK. Nas najbardziej interesuje traktowanie przez NFZ sektora publicznego i prywatnego, których prawa są ustawowo całkowicie zrównane. Kontrola rozpocznie się w sierpniu, a pierwszych wniosków możemy oczekiwać dopiero w grudniu.