W Kołbaskowie tłok był normą. Na lawetach setki samochodów — starych, porozbijanych i całkiem nowych.
Część aut zostawała w kraju, większość była przejazdem.
— Panie, co się tutaj dzieje... Tego nikt nie wytrzyma nerwowo. Już trzecią dobę czekam na odprawę — mówił jeszcze w kwietniu zdenerwowany Jacek Papieski z Łodzi, handlujący używanymi samochodami.
Przed 1 maja
Kilka tygodni przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej przejście graniczne w Kołbaskowie przypominało godzinę szczytu w największych stolicach Europy. Tam samochody na ulicach, a tu — na lawetach. Co kilka metrów można było podziwiać stare i nowe auta. Wszystkie na sprzedaż, z ręki do ręki — na giełdzie, pod domem, w salonach.
Na granicy w Kołbaskowie jestem dwukrotnie, dzień po dniu. Dwie doby przed godziną akcesji do Unii w wizytowaniu największego na Pomorzu Zachodnim przejścia granicznego towarzyszy mi Janusz Wilczyński, rzecznik prasowy Urzędu Celnego w Szczecinie.
W głębi przejścia, już po stronie niemieckiej, gdzie na długości kilkudziesięciu kilometrów stoją lawety — nerwowa atmosfera.
— Tak wygląda nasza granica! Jaki chcesz samochód? — pyta żartobliwie Wilczyński.
Przed nami najnowsze BMW. Trochę poobijane. Po chwili podchodzą do nas handlarze. Widać, że nie jest im do śmiechu.
— Panie celniku, niech pan go bierze. Za darmo, bo chyba przed 1 maja nie zdążę ich wszystkich odprawić — krzyczy zdenerwowany Michał Tobiasz z Białegostoku. I dopowiada:
— Moi kontrahenci z Białorusi dzwonią co minutę: jedziesz, czy mamy z ciebie zrezygnować?!
— Denerwują się, i dla nich, i dla nas czas jest złotem — dodaje kolega z „drużyny” handlującej czterema kółkami.
— Nie mogę wam pomóc! — wyjaśnia Wilczyński i dodaje:
— Cierpliwości panowie, cierpliwości, zaraz was odprawimy.
Idziemy kilka metrów dalej.
— Tak mówicie od kilku dni, a do granicy zbliżamy się w ślimaczym tempie — wtrąca się trzeci sprzedawca.
Tak było do końca kwietnia. Granica w Kołbaskowie przez lata tętniła życiem. Po 1989 roku ruch graniczny bardziej tu przypominał samochodowe targowisko niż punkt celny.
1 maja
Po niemieckiej stronie granicy zabawa z okazji powiększenia UE trwa do 3 maja.
— Wraz z kolegami z Niemiec postanowiliśmy powitać Unię Europejska na parkingu, gdzie jeszcze do wczoraj stało — dzień w dzień — dziesiątki tirów i nie mniej lawet. Wszyscy w mniejszym i większym zdenerwowaniu oczekiwali na odprawę. Mamy to za sobą... Dziś postanowiliśmy się pobawić i zapomnieć o niemiłych latach — mówi Józef Żukowski, wójt gminy Kołbaskowo, należącej do przodujących gospodarczo w kraju.
Na prowizorycznej estradzie trwa zabawa, a my — tym razem w towarzystwie gościa festynu, Henryka Sawki, znanego rysownika i satyryka — patrzymy na przejście graniczne. I wspominamy.
— Kiedyś wystawałem tu godzinami w długich kolejkach, by pojechać do Niemiec. I dalej do Europy... Teraz jesteśmy europejską rodziną. A rodzina zawsze ma dla ciebie drzwi otwarte — Henryk Sawka łapie mnie za rękę i namawia do spaceru wzdłuż i wszerz zanikającej granicy.
— Jak się czujecie w nowej rzeczywistości, Panowie? — zagaduje poseł Bogusław Liberadzki, który dzień akcesji postanowił święcić m.in. na przejściu granicznym w Kołbaskowie.
— Gdzie te lawety, gdzie tiry i gdzie te kolejki? — pytam posła.
— To już koniec, koniec nieskończonych kolejek. Wszystko przeniosło się na wschodnią granicę — mówi poseł.
Po 1 maja
Ponowna przejażdżka do Kołbaskowa — i dalej, jakieś 30 km w głąb Niemiec. Poszukiwanie handlarzy samochodów.
— Panie redaktorze, od 1 maja na naszej granicy hula wiatr. Ani tu, ani po stronie niemieckiej nie spotka pan nikogo. Zmieniły się przepisy i zasady odprawiania aut. Nie mamy co robić. Podjeżdżają, kwit akcyzowy dostają i w Polskę się udają — mówi celnik.
Na razie służby celne pozostały, straż graniczna także.
— Nudno. Teraz na przejściu w Kołbaskowie hula wiatr — mówi pogranicznik.