Adnotacja w encyklopedii

Agnieszka Ostojska-Badziak
opublikowano: 26-03-2004, 00:00

Przedsiębiorcy — mecenasi sztuki: duzi i mali, z powołania i z przypadku. Wspierają teatr, otwierają galerie, tworzą kolekcje. Bo tak trzeba. Trzeba? Bo to po nich zostanie. Zostanie?

— Panie Sławku, premierę mamy... Przyjdzie pan? — pyta Zbigniew Szatkowski, pełnomocnik dyrektora ds. sponsoringu w łódzkim Teatrze im. Stefana Jaracza.

— Pewnie... — słyszy w słuchawce głos Sławomira Lasoty, sponsora teatru, współwłaściciela firmy Meblorex, producenta mebli biurowych.

Od 9 lat pada ta sama odpowiedź. Po telefonie z teatru Sławomir Lasota natychmiast dzwoni do żony.

— Premiera za dwa tygodnie, w sobotę! — rzuca dobitnie i odkłada słuchawkę.

Żona Iwona jest zadowolona. Co do teatru, dla znajomych są wyrocznią: na co warto iść, na co nie. Pani Iwona zapisuje zatem skrzętnie w kalendarzu termin premiery, by przypomnieć o niej zabieganemu mężowi. Teatr ma jeszcze jeden atut: można wyciągnąć małżonka z polowania. Kurtka myśliwska ląduje wówczas w szafie, a Sławomir Lasota wdziewa garnitur.

— Sezon łowiecki na dobre rozpoczyna się 15 sierpnia, dwa tygodnie później ma początek sezon teatralny — żali się przedsiębiorca.

Rezygnuje z bigosu i pogawędki z kolegami z koła myśliwskiego. Na premierę trzeba... Spektakl bywa też dobrą wymówką. Można wyjść na przykład z urodzin teściowej. No bo jak to? Sponsora na premierze zabraknąć nie może!

Meblorex zatrudnia 13 osób i mieści się w Konstantynowie Łódzkim. Wyposaża firmy, sądy, urzędy. I Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi.

Do teatru zgłosili się z ofertą w 1995 r. A nuż coś nabędzie? Kupić? Chętnie, ale jak zapłacić? A wszystkie meble pod wymiar. Reżyserka, biuro obsługi widza, gabinety — koniec końców Meblorex zrobił to za darmo. Za robotę firma ma w holu teatru podświetlony neon z reklamą.

Przez 9 lat Sławomir Lasota opuścił tylko trzy premiery.

— Musiał być chyba Hubertus? — zastanawia się.

Najchętniej zagląda na małą scenę; grywa się tam sztuki na jednego lub dwóch aktorów. Jak mawia: dają do myślenia...

— Takie lubię. Czasem, kiedy wyjdę z teatru, to kilka dni rozmyślam o tym, co zobaczyłem — mówi Sławomir Lasota.

Najbardziej w pamięć zapadł mu Bronisław Wrocławski w „Czołem wbijając gwoździe w podłogę”.

— Po sztuce łaziłem jak zakręcony — wspomina.

Bez biadolenia

40 kobiet. Tyle bab w jednym miejscu to zwykle rejwach i darcie pierza. E tam... Są młode, piękne, utalentowane... Ladies First Symphony Orchestra (głównie łodzianki, absolwentki Akademii Muzycznej, ale są i Dunki, i Szwedki, i Norweżki). Grają razem kilkanaście razy w roku. Ostatni koncert miały w Zabrzu — na rzecz kliniki profesora Zbigniewa Religi. Tryskają radością i urokiem. Urzekły Irenę Eris — jej firma co miesiąc przekazuje pieniądze, pozwalające zespołowi działać. Za te środki artystki kompletują stroje, uzupełniają instrumenty, wynajmują salę na próby.

— Pomagam tym, którzy nie siedzą i płaczą, ale próbują coś zrobić. Szukają nowych pomysłów — uzasadnia Irena Eris.

Same przyszły z prośbą. Ostatecznie wahania rozwiały poważne problemy orkiestry.

— Zespół nie mógł wrócić z Turcji, bo zapraszający kontrahent wycofał się w czasie trasy koncertowej. Ta przygoda przyspieszyła naszą decyzję — dodaje ofiarodawczyni.

Firma Dr Irena Eris wspiera finansowo — na przykład — zespół baletowy „Miniatury” z Krynicy. Współpracuje również z dwoma warszawskimi teatrami: Komedia i Rozmaitości. Dostarcza produktów do makijażu. Wspiera również The Globe Group Theatre, prowadzony przez Anglika Jerry’ego Flyna. W Polsce to unikat: spektakle są w języku angielskim.

„Droga Niko!

Pragnę Ci bardzo pięknie i serdecznie podziękować za to, że dzięki Tobie istniejemy (jesteśmy) już 19 lat. To Twoja wiara w nas i wymierna pomoc decydowała o tym, że czuliśmy się potrzebni i chcieliśmy istotnie rozmawiać, myśleć, cieszyć się z naszymi Przyjaciółmi, z naszą Publicznością. Dzięki Twojemu zaufaniu mieliśmy odwagę spełniania naszych marzeń i za to Ci — Droga Niko — serdecznie dziękuję. Jeżeli wobec wszechogarniającej pustki i głupoty cokolwiek znaczy słowo kocham, to przyjmij z naszych ust słowa Kochamy Cię, jako wyraz szczerej wdzięczności, podziwu (zaiste wszystko — cokolwiek czynisz — jest godne podziwu).

Kochamy Cię za dobro; które czynisz nie tylko dla Teatru Witkacego.

Ściskamy Cię serdecznie.

Andrzej Dziuk, dyrektor artystyczny

PS. Dziękujemy za piękny i pyszny kosz.

Proszę, pamiętaj, będę dumny i szczęśliwy, jeżeli zechcesz dalej traktować Teatr Witkacego jako Twój Teatr.

Twój Zespół Teatru Witkacego”.

Nika to Henryka Bochniarz, prezes Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych, szef firmy Nicom Consulting. Do zakopiańskiego teatru trafiła przypadkiem. Pod koniec lat 80., po powrocie z USA, pojechała odwiedzić koleżankę i jej córkę w sanatorium w Zakopanem. Zahaczyła o Witkacego.

— Chodź, zobaczysz — zawsze przepadałaś za teatrem — powiedziała koleżanka.

Poszły.

— Wciągnęło mnie jak do czarnej dziury. Absolutna fascynacja: świeża, radosna sztuka — wspomina Henryka Bochniarz.

Krótko potem stworzyła fundację (Tatrzańska Fundacja Sztuki im. Stanisława Witkiewicza), która pomogła przejść zakopiańskim artystom przez trudy transformacji, i wprowadziła ich w nową, kapitalistyczną rzeczywistość. Choć nie szło gładko...

— Gdy gmina dowiedziała się, że do teatru napływa kapitał z firm i od osób prywatnych, przestała go wspierać. Nie o to chodziło... — kręci głową Henryka Bochniarz.

Ale teraz teatr radzi sobie dobrze. Nie była na przedstawieniu bez nadkompletu. Dziuk i kompania przywabili firmy i instytucje, których pomoc pozwala im pracować bez noża na gardle.

— Wprawiłam maszynę w ruch. Teraz już sama działa... — ocenia prezes Nicomu.

Nadal Teatr Witkacego jest żelaznym punktem podczas każdej wizyty Niki w Zakopanem.

Galanta kolekcja

Andrzej Walczak, prezes Grupy Atlas (jeden z pięciu) zawsze chciał być reżyserem teatralnym. Napisał trzy sztuki, jedną nawet wystawił. Zrobił również adaptację „Wilka stepowego” Hermanna Hessego. Pisał punkrockowe teksty. Ale został architektem. A potem z kolegami otworzył wytwórnię kleju do glazury. Firma od wielu lat ma się dobrze i Andrzej Walczak postanowił zrealizować swe marzenie: zrewolucjonizować sztukę... wystawiania sztuki. Stworzył Atlas Sztuki. Zaprosił Davida Lyncha, Romana Opałkę, Zbigniewa Liberę.

— Tylko niech pani nie nazywa tego galerią! Ja tam sztuki nie sprzedaję, ja ją wystawiam! — wykrzykuje.

Nie jest kolekcjonerem. Atlas Sztuki otworzył, bo — według niego — sztukę zabijają dziś faceci, którzy dorobili się i stwierdzili: zacznę kolekcjonować obrazy.

— Weźmy taki przykład. Facet z USA zarobił pierwszy milion i pojechał do Sedony pod Phoenix, gdzie wystawiają wszyscy niezależni artyści. Palcem pokazał ten, ten, tamten, tamten też i ten. Wydał milion. Następnego roku też wydał milion. Po kilku latach, mając kilkaset obrazów, przestał je oglądać. Trzymał je pod kloszem. Po kilku latach wziął kuratora. Ten mówi: no galanta kolekcja, warto by pokazać. Milioner każe stawiać stodołę. Tam będzie sztukę wystawiał. I sztuka się rozmywa. Setki obrazów, jeden przy drugim. W muzeum przed jednym obrazem spędzi się nie więcej niż 8 sekund (według badań). A więc po co to wszystko, kiedy i tak nic się nie widzi? — pyta prezes.

Dlatego Atlas Sztuki mieści się w świeżo wyremontowanym budynku po starej hali targowej w podwórzu kamienic przy Piotrkowskiej 114 i 116 w Łodzi. Olbrzymia przestrzeń, brak ścianek działowych. Na ścianach po kilka dzieł Zbigniewa Libery — akurat on dziś wystawia. Nie ma wyjścia: trzeba skoncentrować się na obrazie.

Czysty biznes

Pierwszy milion, domy, samochody, jachty, wszystkie symbole bogactwa... Po kilku latach zagonienia biznesmen zastanawia się: po co to? Czy za 100 lat będą kogoś obchodziły jego wysiłki, by sprzedać więcej produktów? Dostrzega kruchość tego, co robi. Zaczyna inwestować w to, co po ludziach zostaje. Chyba nic tak nie cieszy, jak własna kolekcja. Nazwiska biznesmena nie wiąże się już ze śrubkami, płynem do mycia naczyń, uszczelkami, ciastkami, tylko z dziełami sztuki. Swoją kolekcję sztuki mieli Medyceusze, Rockefellerowie, Porczyńscy, Fibakowie, Podlowie. Mogą mieć Kulczykowie czy Kowalscy. Czasem decyduje snobizm. Czasem autentyczna pasja.

— Wie pani, kto to jest Ludvig? To właściciel największej w Niemczech kolekcji sztuki współczesnej. Pieniądze zrobił na cukierkach czekoladowych, ale w encyklopedii można go znaleźć dzięki galerii. Bogaci chcą, by ich zapamiętano — najłatwiej zrobić to przez sztukę — twierdzi Paweł Kowalewski, prezes Communication Unlimited, artysta malarz, jeden z założycieli Gruppy, legendarnej formacji artystycznej końca ubiegłego wieku.

Nie chce się jednak wypowiadać o polskich galeriach.

— Czysty biznes. Na sztuce współczesnej można dzisiaj nieźle zarobić. Cena za obraz jest zawsze kwestią umowną. Każdy obraz przecież to część duszy artysty. Jak go wycenić? Nikogo nie zainteresuje dzieło za 10 zł, ale za 1 mln dolarów — o, to już co innego. Jeżeli ktoś tyle za to dał, znaczy, że musi coś w nim być. Ale jak to zrobić, by ktoś tyle za niego dał? Poza tym: jak się raz sprzeda za 1 mln zł, to trudno potem obniżać cenę — bo niby co, tam było więcej duszy, a w tym obrazie mniej? — zastanawia się Paweł Kowalewski.

Według Andrzeja Walczaka, stąd biorą się kolekcje — z braku obiektywnych kryteriów wartości. Rozmydlenie sztuki nie przeszkadza. Adnotacja w encyklopedii — będzie.

Rozpieszczeni

Kiedy w 1990 r. przyzwyczajeni do sutych dotacji ze strony ambasady USA organizatorzy Jazz Jamboree dostali odmowną odpowiedź, zdziwieniu nie było końca.

— To już wolny kraj przecież i festiwal jazzu to żadna działalność wywrotowa. Teraz sami musicie się starać o fundusze... — usłyszeliśmy — wspomina Mariusz Adamiak, organizator Jazz Jamboree.

No i się zaczęło. Inni też skąpili pieniędzy. Zdezorientowani artyści musieli zarabiać sami — nieliczni zdołali utrzymać się z twórczości. Reszta zaczęła kombinować. Stało się jednak jasne: bez dotacji na sztukę długo nie pociągną. Na państwo nie ma co liczyć. W podobnej sytuacji znalazły się wszystkie teatry, opery, muzea. Mariusz Adamiak do tej pory zmaga się z tym chaosem: nie był w stanie wymienić choćby jednego stałego sponsora.

— Wszyscy to reklamodawcy. Żaden z powołania. Co roku się zmieniają — narzeka.

— Poprzedni system trochę rozpieścił instytucje kulturalne. Darmowe bilety, pełna widownia — dowożona autokarami z lokalnych szkół. Nie było biegania za publicznością i sponsorami. A teraz tak trzeba — mówi Henryka Bochniarz.

Przypomina, że nie ma u nas mechanizmów pozwalających sztuce egzystować w miarę spokojnie: nie ma list osób wspierających, gazety nie piszą o sponsorach, nie mówi się o nich w lokalnych radiach. To tworzy klimat, to ich przyciąga.

— U nas idzie się do kasy, kupuje bilet — i koniec. A są dziesiątki sposobów, by ściągnąć ludzi. Choćby spotkania za kulisami — sugeruje.

I twierdzi, że w Polsce nie wytworzył się jeszcze kanon społecznie akceptowanych zachowań tego typu.

— Na Zachodzie na sztukę dają wszyscy. Jest poczucie społecznej odpowiedzialności. Nieważne, czy to jeden dolar, czy milion: dla każdego jest miejsce. I każdy zostanie zauważony — mówi Henryka Bochniarz.

— Niezwykle cenimy sobie sponsorów, gdyż w dzisiejszych czasach bez ich pomocy nie moglibyśmy realizować naszych artystycznych przedsięwzięć. Często są to ludzie, którzy uwielbiają góry, przychodzą do teatru i zostają naszymi przyjaciółmi. Tak zawitali do nas Henryka Bochniarz, dr Wojciech Misąg, były wiceminister finansów, Maria Wiśniewska, Anna i Jerzy Starakowie — twierdzi Andrzej Dziuk, dyrektor Teatru Witkacego w Zakopanem.

— Taki przykład: facet skacze na nartach, nie powiem — daleko. Na koszulce napis „Red Bull”. Jak wyląduje, stawia narty, a tam „Fakt”. Pani mi znajdzie jedną relację z wystawy czy premiery, gdzie przez moment widać logo sponsora... Kamera tak będzie chodziła, by broń Boże nie zahaczyć o logo. Bo to przecież krypciocha! Ale jak skacze, to co innego... Jak to ma się opłacać? — bulwersuje się Paweł Kowalewski.

Brak odpowiednich ustaw, odpisów od podatku i innych narzędzi finansowych, zachęcających do wspierania kultury. I tyle. Smutek.

Superklasa

Sztuka nobilituje. Dzieła sztuki nie wisiały w chłopskich chałupach, lecz w pałacach. Nowo powstała klasa biznesmenów zdaje sobie z tego sprawę; przybywa tych na sztukę wrażliwych. Wspierają muzea, teatry, wystawy, coraz częściej obcują ze sztuką na co dzień. Polskie qui pro quo: poproszono znaną kurator sztuki o dobranie dzieł sztuki dla pewnej firmy. Zdecydowała: dobry wybór, niezła inwestycja. Ale cenny obraz opuścił gabinet prezesa. Prezes stwierdził: te kolory takie ciemne, nie bardzo mi to podchodzi. Ale mój znajomy maluje piękne kwiaty...

— Może się zdarzyć. Choć taki śliczny ten hinduski samochód, ma tyle chorągiewek, znaczków i światełek, to nie wypada prezesowi tym jeździć... To nie klasa dla menedżera. Jak się nie zna, to niech weźmie dobrych doradców. To jak z pierwszą łyżką kawioru. Nie każdemu smakuje. A potem albo się lubi, albo nie. Ale niewielu przyznaje się do tego, jeżeli nie lubi — mówi Paweł Kowalewski.

Do źródeł

Większość z polskich mecenasów sztuki niegdyś było jej czeladnikami. W dzieciństwie, w liceum, na studiach. Ciągoty i sentyment pozostały.

Henrykę Bochniarz teatr fascynował zawsze. Do Zielonej Góry, gdzie chodziła do szkoły, pewnego dnia zjechała grupa artystów. Byli otwarci, wpuszczali na próby młodzież. No i teatr pochłonął ją na amen. Swoje zrobiła również świetna polonistka. Procentuje. Teraz nie przepuści premierze nie tylko w zakopiańskim Witkacym, ale również w Warszawie.

Irena Eris skończyła muzyczną szkołę podstawową w klasie fortepianu. Nigdy się jednak nie widziała w roli pianistki. Szkoła muzyczna to wymysł rodziców.

— Ciężka praca, przeciw której się buntowałam. Nie był ze mnie żaden Janko Muzykant. Ćwiczyłam kosztem zabaw na podwórku — wspomina.

Podziwia Ciocię Jadzię, która prowadzi poranki muzyczne w Filharmonii Warszawskiej. Jako dziecko chodziła na podobne. Teraz prowadza młodszego syna. Muzyka odpowiednia dla dzieci: krótkie formy, okraszane interpretacją.

Sławomir Lasota w szkole podstawowej występował w szkolnych kabaretach. Podobały się oklaski, pochwały nauczycieli: stwierdzali „jest w tobie iskra boża”. Teraz patrzy na sztukę z zapamiętaniem. Wspiera ją bez oporów.

— Chyba wszystkich trochę ciągnie do teatru, choć nie każdy jest w stanie się w nim odnaleźć. Ja się odnalazłem — sumuje Sławomir Lasota.

Umiejętność liczenia

Czy sztukę należy wspierać?

— A kto powiedział, że należy? Świat biznesu wspiera sztukę, bo nie ma nic lepszego do roboty. Bo tak ładnie…— bulwersuje się Andrzej Walczak, ale wspiera ją. I to godziwie.

— To po nas zostanie — mówi Irena Eris.

— Po wejściu do Unii sztuka nas wyróżni — wtóruje Paweł Kowalewski.

Choć dodaje, że nie ma nic gorszego niż malowanie dla pieniędzy — a artyści, wbrew powszechnemu mniemaniu, potrafią liczyć:

— To najmniej wdzięczna grupa do wspierania. Dla pieniędzy zrobią wszystko, co skądinąd jest dość naturalne. Poza tym najgorsze dzieła sztuki powstawały, gdy był nadmiar pieniędzy.

— W rozgardiaszu, jaki panuje, możemy mimochodem wykończyć coś, co wartościowe. A to trudno odtworzyć... — mówi Henryka Bochniarz.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Ostojska-Badziak

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu