Afryka Piotra Zielińskiego

WYSŁUCHAŁ ŁUKASZ OSTRUSZKA
opublikowano: 26-07-2018, 22:00

Drobny inwestor postanowił przeznaczyć pieniądze zarobione na warszawskiej giełdzie, by spełnić marzenie i podróżować po Afryce. Wybrał nietypowy środek lokomocji i nie trzymał się wyznaczonej trasy.

Podróże i fotografia zawsze były moją wielką pasją. Do tego jestem fanem motoryzacji, więc postanowiłem połączyć jedno z drugim. Chciałem też trochę „odczarować” Afrykę. Razem z moją dziewczyną, Emilią, zaplanowaliśmy wyjazd samochodem do Maroka. Nie chodzi jednak o zwykłe auto, lecz o legendarnego Forda Mustanga. Mój egzemplarz jest z rocznika 2016 i ma pod maską 420 koni mechanicznych.

Piotr Zieliński  Absolwent Bachelor Studies in Finance na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Jako student próbował rozkręcić spółkę Polish Horror Company i nakręcić polski horror. Projekt jednak nie wypalił i dziś Piotr Zieliński jest inwestorem indywidualnym. Pasjonat podróży, fotografii i motoryzacji.
Wyświetl galerię [1/9]

Piotr Zieliński  Absolwent Bachelor Studies in Finance na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Jako student próbował rozkręcić spółkę Polish Horror Company i nakręcić polski horror. Projekt jednak nie wypalił i dziś Piotr Zieliński jest inwestorem indywidualnym. Pasjonat podróży, fotografii i motoryzacji. FOT. ARCHIWUM PRYWATNE PIOTRA ZIELIŃSKIEGO

Fascynujący kontynent. Wyruszyliśmy z Wrocławia 11 sierpnia 2017 r. i początkowo mieliśmy dojechać „tylko” do Maroka, ale podróż okazała się spontanicznym przedsięwzięciem. Postanowiliśmy jechać dalej i jeszcze dalej. Tak oto dojechaliśmy aż do Gwinei Bissau — państwa w zachodniej Afryce, nad Oceanem Atlantyckim. Podróż trwała cztery i pół miesiąca, w tym czasie zwiedziliśmy 14 krajów: Niemcy, Austrię, Włochy, Francję, Monako, Hiszpanię, Gibraltar, Maroko, Saharę Zachodnią, Mauretanię, Senegal, Gambię, Gwineę Bissau, a na koniec Portugalię.

Pociąga mnie świat arabski. Fascynują stare miasta z zaułkami i uliczkami, w których można się zagubić, codzienne zwyczaje, targi owiane zapachem przypraw, rękodzieło, a przede wszystkim zabytki i architektura. To sprawiło, że zapragnąłem odbyć taką podróż. Niezwykłe okazały się także kraje „Czarnej Afryki”. Urzekły mnie historią, kultywowanymi tradycjami, wierzeniami, życiem w zgodzie z naturą. Afryka ciągle jest pomijana w ofertach turystycznych i nie zawsze rzetelnie przedstawiana. To prawda — kontynent uczy się demokracji, ale niejednokrotnie może być dla nas przykładem tolerancji, którą wykazują zwykli ludzie.

Przygody i przeżycia. To była spontaniczna podróż. Nie mieliśmy sprecyzowanej i zaplanowanej trasy przejazdu. Noclegów szukaliśmy na bieżąco, korzystając z ofert umieszczanych w aplikacjach do rezerwacji noclegów. Czasem nie było dużego wyboru i baza noclegowa była, delikatnie mówiąc, dosyć skąpa, bo gdzieś w dziczy, daleko od cywilizacji okazywało się, że jest tylko kilka miejsc, w których można przenocować. Tak było zwykle na terenach, które w ostatnich latach dotknięte były wojnami i zamachami stanu. Jednym z takich miejsc jest region Casamance, należący do Senegalu, w którym toczy się jeden z najdłuższych konfliktów zbrojnych w najnowszych dziejach Afryki. Główne drogi są tam zamykane na noc. My, nie wiedząc o tym, próbowaliśmy jedną z nich sforsować. Trafiliśmy wówczas na blokadę militarną. Jeden z żołnierzy ruszył na nas z bronią, co nas przeraziło. Na szczęście udało się nam wyjść cało z opresji. Czym prędzej odjechaliśmy z miejsca zdarzenia, a blokadę ominęliśmy, poruszając się bocznymi, piaszczystymi drogami. Już po naszym powrocie, w styczniu 2018 r., uzbrojeni mężczyźni, powiązani z rebeliantami, dokonali brutalnej masakry w lesie koło Ziguinchor, stolicy Casamance, zabijając 14 cywili... Nasz Mustang pokonał 26 tysięcy kilometrów, udowadniając, że nadaje się nie tylko do szybkiego pokonywania autostrad i jazdy po torze, ale również do przemierzania afrykańskich wertepów i bezdroży. W czasie podróży musieliśmy wykazać się umiejętnościami mechaników samochodowych. Kilka razy złapaliśmy gumę, ale i tutaj się okazało, że Afryka jest pełna krzywdzących stereotypów. Ludzie są przyjaźni, pomocni, bezinteresowni. Pomagali nam nawet w rejonach, gdzie nie było dostatecznej infrastruktury i każdy gest dobrej woli wymagał od miejscowych sporego zaangażowania i poświęcenia. Gdy pierwszy raz złapaliśmy gumę — a zdarzyło się to w środku, nocy pośród zupełnego pustkowia na Saharze — byliśmy zaskoczeni, że po kilku minutach za naszym Mustangiem zatrzymała się kawalkada samochodów ciężarowych. Ich kierowcy spieszyli nam z pomocą przy naprawie uszkodzonej opony. Oczywiście zdarzały się incydenty, głównie przy granicach, gdzie „poluje” się na zagranicznych turystów i próbuje ich oszukać. Ktoś, widząc Mustanga, starał się na nas zarobić… Chwile grozy przeżyliśmy w miejscowości Rosso, przy granicy Mauretanii z Senegalem, gdzie czarnoskóry mężczyzna, który „pracował” tam jako samozwańczy pomagier, oszukał nas na około 5 tysięcy złotych, twierdząc, że tyle wynosi cło wjazdowe od zagranicznego samochodu. Niestety, zabrał nam paszporty, więc nie mogliśmy nic zrobić, a jedynie zapłacić mu żądaną kwotę.

Spotkanie z królem. Najtrudniej i jednocześnie najpiękniej było w miejscach, w których nie było infrastruktury. Zwieńczeniem podróży była wizyta na wyspach Orango i Poilão, należących wraz z 90 innymi do archipelagu Bijagós, który rozciąga się wzdłuż wybrzeża Gwinei Bissau. To bardzo często miejsca dziewicze, nieodkryte do końca przez naukowców, podróżników czy reporterów. W zasadzie jest tam tylko jeden hotel, prowadzony przez szwajcarską fundację zorientowaną na ekoturystykę, i niestety musieliśmy się dostosować do ich warunków i cen. Dwa dni pobytu, z noclegiem i jakimś podstawowym wyżywieniem, kosztowały nas 1,5 tys. EUR, co jest kwotą astronomiczną w porównaniu ze stawkami w pozostałych miejscach. Zwykle, rezerwując hotele, staram się nie wydawać więcej niż 50-100 EUR. Ale na pewno było warto. Wizyta na tym egzotycznym gwinejskim archipelagu to z pewnością największa atrakcja naszej wyprawy. W jej trakcie odwiedziliśmy wioskę Okinka Pampa, gdzie poznaliśmy króla wioski Augusta Fernandesa. Bijagoski monarcha liczy sobie 105 lat, nie siedzi na tronie, nie dzierży berła, nie ma dworu — i jest wyjątkowo serdeczny. Jednym z najważniejszych elementów kulturalnego dziedzictwa Bijagosów jest taniec. My mieliśmy okazję obejrzeć niezwykle widowiskowy spektakl, na który składały się cztery tańce. Na wyspach spotkaliśmy również jedyne na świecie słonowodne hipopotamy i podejrzeliśmy, jak samice zagrożonego wyginięciem gatunku żółwia zielonego składają jaja.

Ciekawi ludzie. W Afryce urzekły mnie piękna ornamentyka arabskich budowli, ascetyczny, pustynny pejzaż Sahary i Mauretanii, radosna pstrokacizna tradycyjnych sukien Afrykanek (zwanych ndokette), soczysta zieleń palm, czerwona, laterytowa ziemia, dziewiczość ciągnących się kilometrami atlantyckich plaż, smak lemoniady z gwinejskich limonek, serdeczność i uczynność mieszkańców Afryki, uśmiech nieschodzący z twarzy dzieci i ich zaciekawione spojrzenia oraz dzikie zwierzęta… Spodobała mi się też specyficzna mozaika religijna. Może mieliśmy szczęście, ale przejeżdżaliśmy tylko przez miejsca, gdzie lokalna ludność współegzystuje ze sobą, a byli tam wyznawcy islamu i chrześcijaństwa w całej jego wielobarwności — z katolikami i protestantami. Wielu ludzi, których spotykaliśmy, pozostało wiernych swoim plemiennym religiom. Od zwykłych ludzi doświadczyliśmy niezwykłej otwartości i tolerancji. Cennym przeżyciem były spotkania z ludźmi w miejscach, przez które przejeżdżaliśmy. Oprócz wywodzących się z tamtej ziemi, są też przybysze zakorzenieni w Afryce. Poznaliśmy ciekawych ludzi, którzy wybrali ten kontynent na swój dom i drugą ojczyznę. W Maroku był to bogaty Niemiec, który postanowił zamieszkać nieopodal plaży położonej poza turystycznymi kurortami. Z kolei w strefie buforowej, leżącej między Marokiem i Mauretanią, a kontrolowaną przez front Polisario (ruch na rzecz niepodległości Sahary Zachodniej), musieliśmy spędzić noc w aucie. To miejsce zupełnie nieprzystępne, pozbawione jakichkolwiek dróg i zaminowane. Dlatego byliśmy wielce zdziwieni, gdy o poranku usłyszeliśmy polskie pozdrowienie. „Dzień dobry” pochodziło od Jacka, Polaka pracującego w ONZ, który został wysłany na misję na rzecz referendum w Saharze Zachodniej. Ale to nie wszystko. Spotkaliśmy też brytyjskiego przedsiębiorcę, prowadzącego firmę wytwarzającą meble z tworzywa sztucznego. Z żoną Australijką i dzieckiem zamieszkali w Gambii. Zapytałem, dlaczego akurat tam? Odpowiedział krótko, że to dla niego prawdziwy raj, a Gambijczycy są uśmiechnięci, otwarci i przyjaźni. Na Bijagós trafiliśmy z kolei na Rumunkę władającą ośmioma językami. W czasach socjalistycznych zakochała się w Gwinejczyku i pojechała ze swoim wybrankiem do jego ojczyzny, czyli Gwinei Bissau. Jest antropolożką, więc dla niej te rejony to także raj. Bada kulturę, religijność i całe dziedzictwo tamtejszej ludności.

Cel charytatywny. Mieliśmy przygotowany budżet na wyprawę, ale z racji spontanicznego przedłużania podróży szybko stał się kompletnie odrealniony. Nie ma sensu mówić o kosztach, powiem tylko, że trzeba liczyć się z wydaniem co najmniej kwoty potrzebnej na zakup Mustanga. Dodam, że naprawdę warto to zrobić. Wyprawę sfinansowałem z prywatnych oszczędności, wypracowanych na giełdzie. Nie udało mi się niestety pozyskać sponsorów, ani partnerów przedsięwzięcia. Negatywnie zaskoczyła mnie zamknięta postawa wielu korporacji, które odmówiły mi jakiegokolwiek wsparcia. Po powrocie napisałem książkę „Mustangiem przez Afrykę”, która trafiła do sprzedaży w połowie lipca 2018 r. Jej wydaniem zajmuje się moja spółka Wolf Capital. Starałem się pisać przystępnym językiem i mam nadzieję, że książka przełamie stereotypowe podejście do Afryki i zachęci ludzi — szczególnie w naszym kraju — do przygód i otwartości na drugiego, innego człowieka. Opisuję przecież nie tylko kulturę arabską, ale także liczne plemiona afrykańskie. Niektórzy Polacy boją się odrębności, a niepotrzebnie. Część dochodów ze sprzedaży książki przeznaczę na cel charytatywny — budowę szkoły w Gwinei Bissau. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: WYSŁUCHAŁ ŁUKASZ OSTRUSZKA

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Afryka Piotra Zielińskiego