Akademicy ściągają koncerny

Kamil Kosiński
opublikowano: 2006-05-31 00:00

Ambitny profesor z dobrej uczelni wystarczy by w mieście powstał ośrodek badawczo-rozwojowy znamienitej firmy z branży nowych technologii.

Centrum produkcji oprogramowania mobilnego Oracle zostało otwarte w Warszawie 11 września 2003 r. Dokładnie w drugą rocznicę ataku islamskich terrorystów na Nowy Jork i Waszyngton. Oracle zatrudnił początkowo osiem osób, ich liczba szybko wzrosła do 16. Obecnie jest ich 40, a amerykański koncern ma ambitne plany rozwoju ośrodka. I pewnie się one ziszczą. Wskazują na to doświadczenia innych gigantów informatycznych, utrzymujących w Polsce centra rozwoju oprogramowania. Na starcie ośrodki Intela, Motoroli, Siemensa zatrudniały 7-12 osób. Obecnie — 300-770.

Absolwent w duecie z profesorem

Zatrudniani w takich miejscach to absolwenci lokalnych wyższych uczelni technicznych. O związkach firm IT z tymi instytucjami świadczy choćby to, że pierwotną siedzibą centrum Oracle były piwnice jednego z wydziałów Politechniki Warszawskiej. Tego samego, na którym studiował Paweł Piwowar, wiceprezes Oracle na Środkową i Wschodnią Europę.

— Bez Politechniki Warszawskiej, a w szczególności profesora Józefa Modelskiego to centrum by nie powstało. Jemu najbardziej zależało na powstaniu tego ośrodka. I mam tu na myśli prawdziwą współpracę, a nie tylko „polityczne” deklaracje — podkreśla Paweł Piwowar.

Pomoc Uniwersytetu Jagiellońskiego dla Motorola Polska Electronics polegała na udostępnieniu lokalu. Jej pierwszą siedzibą był należący do UJ zamek w Przegorzałach. Na innej krakowskiej uczelni — Akademii Górniczo Hutniczej — mieściła się pierwotna siedziba powstałego w 1993 r. Comarchu. Nic w tym dziwnego. Założyciel i główny akcjonariusz Comarchu był przecież w latach 1991-98 kierownikiem katedry telekomunikacji na tej uczelni. Ale do powołania jedynej polskiej firmy pomyślnie konkurującej z zachodnimi domami software’owymi w dziedzinie systemów billingowych czy ERP został niejako przymuszony przez swoich akademickich szefów.

— Do dzisiaj nie wiem, czy chciałem tę firmę założyć. Na uczelni był akurat nacisk na redukcję kosztów. Ówczesny rektor, profesor Jan Janowski, nie mógł mi przydzielić większej liczby etatów. Poradził więc, żebym założył firmę i tam realizował część komercyjną badań naukowych — zwierza się Janusz Filipiak, prezes Comarchu.

Skorzystał na tym nie tylko on, ale też jego studenci.

— W obecnym zarządzie Comarchu jest dwóch moich byłych studentów. To Paweł Przewięźlikowski i Paweł Prokop. Nasze kontakty z uczelni nie wpływały jednak na ich awanse. Decydowały wyłącznie względy merytoryczne. Zresztą z dawnych czasów pamiętam tylko Pawła Przewięźlikowskiego, który był wybijającym się studentem. Paweł Prokop nie pojawił się w Comarchu jako gwiazda — opowiada Janusz Filipiak.

Także pierwszym prezesem firmy Intel Poland Development był czynny zawodowo wykładowca Politechniki Gdańskiej — profesor Andrzej Dyka. To on ściągnął do Trójmiasta polonusa Tadeusza Witkowicza i jego firmę CrossComm Corporation, która następnie została przejęta przez duński Olicom, aby w 1999 r. stać się częścią Intel Corporation. W 1996 r. wycofał się z biznesu. Jego miejsce zajął ówczesny wiceprezes Leszek Pankiewicz.

— W 1990 r. firma mogła powstać w każdym miejscu w Polsce. Musiała tylko istnieć silna uczelnia techniczna oraz zespół informatyków gotowy do podjęcia wyzwania współpracy z firmą amerykańską — zaznacza Leszek Pankiewicz, prezes Intel Technology Poland.

Dla lokalizacji inwestycji Siemensa ważniejsza była postawa byłego absolwenta Politechniki Wrocławskiej, który w 1981 wyemigrował do Austrii i tam podjął pracę w Siemensie.

— W 1999 r. Siemens zainteresował się tworzeniem centrów badawczo-rozwojowych w Europie Wschodniej. Zacząłem zabiegać o stworzenie takiego ośrodka w Polsce. W 2000 r. dostałem zielone światło. Braliśmy pod uwagę Katowice, Poznań i Wrocław, który po zsumowaniu takich elementów jak połączenia komunikacyjne, potencjał wyższych uczelni i pomoc władz lokalnych okazał się najlepszy. Być może pewien wpływ na opracowanie mogło mieć również to, że zależało mi, aby centrum powstało w moim rodzinnym mieście — wspomina Krzysztof Kuliński, dyrektor centrum rozwoju oprogramowania Siemensa.

Jak przyznaje, pomocy w doborze pracowników szukał właśnie na politechnice. Siedmiu z 10 pierwszych pracowników centrum rozwoju oprogramowania Siemensa, które powstało we Wrocławiu w 2000 r. wskazał profesor Janusz Biernat.

— Pozostałe trzy osoby, które uruchamiały ośrodek nie były co prawda z polecenia profesora, ale też były absolwentami Politechniki Wrocławskiej — zapewnia Krzysztof Kuliński.

Z obopólną korzyścią

Dziś Siemens nie tylko organizuje staże dla studentów, ale definiuje tematy prac dyplomowych na interesujących go kierunkach kształcenia Politechniki Wrocławskiej. Podobnie postępują Intel i Motorola. Choć dla tej ostatniej współpraca w zakresie tematyki prac dyplomowych jest raczej nowością.

— Dopiero niedawno rozpoczęliśmy współpracę ze studentami Akademii Górniczo Hutniczej przy wyborze tematów prac magisterskich. Takie rozwiązanie jest dla nas bardzo interesujące i będziemy je rozwijać, bo zależy nam nie tylko na teoretycznym, ale też praktycznym aspekcie prac dyplomowych przyszłych magistrów — mówi Justyna Ożóg z Motorola Polska Electronics.

Aby wiedza studentów była bardziej praktyczna, pracownicy Siemensa prowadzą seminaria z zakresu project management. Po to by absolwenci mieli świadomość, że w biznesie liczy się poziom kosztów i terminowość. Bo jak przyznają przedstawiciele wszystkich firm, które działają na rynkach międzynarodowych, a swoje produkty software’owe przynajmniej w części opracowują w Polsce, problemem jest zderzenie kultur korporacyjnych z nieuporządkowanym światem akademickim. Samego poziomu kształcenia polskich uczelni w zakresie technicznym nikt nie neguje.

— My tych studentów dokształcamy, ale nigdy nie będzie tak, że uniwersytet opuszczą ludzie gotowi do pracy. Zanim z technologii zrobi się wykład, to technologia ta musi znaleźć praktyczne zastosowanie. Polskie uczelnie techniczne nie odstają od poziomu innych krajów europejskich, aczkolwiek teleinformatyka w Europie stoi generalnie na niższym poziomie niż w Stanach Zjednoczonych — uważa Janusz Filipiak.

Problematyczna atrakcja

Dla świeżo upieczonych absolwentów praca w dziale badawczo-rozwojowym dużej firmy to ogromne wyzwanie i szansa zarazem. Ale młodzi pracownicy szybko się wypalają. Nie tylko pod względem pomysłowości. Wyjazdy, charakterystyczne zwłaszcza dla firm zagranicznych, z dodatkowej atrakcji szybko przekształcają się w kulę u nogi.

— Nasi ludzie trzy miesiące w roku spędzają poza Polską na różnego rodzaju konsultacjach. Często w tak egzotycznych krajach jak Pakistan i Bangladesz, a więc w miejscach, do których przeciętny Polak nigdy nie zawita — mówi Artur Maj, kierujący ośrodkiem produkcji oprogramowania mobilnego Oracle.

— Ludzie wytrzymują to przez 2-3 lata. W naszym przypadku ten okres właśnie mija. Pracownicy chcą zakładać rodziny, stabilizować się, wpadać w dobrze pojętą rutynę, a nie wymyślać wciąż coś nowego. Pojawia się skłonność do odchodzenia do innych firm — żali się Paweł Piwowar, jego przełożony.

Aby temu zapobiec, inni radzą mu rozwijać 40-osobowy na razie ośrodek.

— Nasi pracownicy wyjeżdżali zarówno do Honolulu, jak i Kabulu. Ale zgadza się, że wyjazdy w pewnym momencie zaczynają ciążyć. Jednak dzięki temu, że zatrudniamy już 750 osób, mamy tyle stanowisk do obsadzenia, że jeśli ktoś ma już dość wyjazdów, to nie ma problemów ze znalezieniem dla niego pracy bez częstych podróży służbowych — mówi Krzysztof Kuliński.

— To problem klasyczny dla wszystkich korporacji z naszej branży. Programista może pracować 2-5 lat. Po tym okresie należy mu stworzyć inne możliwości rozwoju — dodaje Janusz Filipiak.